30 listopada 2007

Miękkiej trawy i braku reszty.

Chcę miękkiej trawy i braku reszty. Chcę ciepłego wiatru. Leżę na zielonej łące i patrzę na fioletowe niebo, złote chmury na nim. Płyną powoli. Nic nie robię, nie czuję ani zimna ani ciepła. W oddali drzewa szumią monotonnie. Nie ma nikogo. Nie wstaję. Nie muszę, bo obok mnie leżysz ty. Jeszcze cię nie znam, ale to nieważne. Trzymam cię za rękę. Patrzymy w niebo, nic nie jest ważne. Cienką strużką płynie krzyk, smutek i małostki. Czarna woda, która ciążyła mi wewnątrz. Już jej nie ma. Jestem czysty, jestem wolny. Jestem martwy.

Płynie

Płynie


Woda rozchlapywała jej się spod butów. Na wszystkie strony, niedbale. Czarny płaszcz od dołu jeszcze ciemniejszy stawał się ciężki. Za ciężki na jej ramiona. Może za szybko wybiegła? Pędziła jak gepard, jak sarna spłoszona. Czuła, że się unosi. Że unoszą ją własne łzy momentami nie wiedziała czy to one czy deszcz kołyszą się jej na rzęsach. Może powinna już skręcić…

Przystanęła na chwilę, by złapać powietrze. Uciekała od siebie, od wspomnień. Wszystkiego, co łączyło, uwierało jak sznur. Ciekło z niej. Małymi kroplami. Zaczynało od włosów, potem po plecach. Zdawało się coraz mniej ciążyć, coraz mniej przeszkadzać.

Rozejrzała się. Dudniło w dachy. Uspokajało… mimowolnie się uśmiechnęła. Do domu w lewo, na molo w prawo. Powrotem do piekła-do tyłu. W prawo…

Czas nie zapalił jeszcze pierwszej latarni, kiedy siedziała na barierce. Może kołysało. Szum-miarowy jednostajny-tworzył razem z tętnem dachów spokojną muzykę. Ostatnie skrzypce grało zachodzące słońce.

Nie jest tak źle. Wypłukało z niej wszystko. Tak, potrafi się już uśmiechnąć. Sama do siebie. A może do słońca…

Płynie, wszystko płynie. Łzy, czas, uczucia. Nie wraca, nie cofa się , ale płynie. Nawet gdyby zostawiła szminkę, to i tak by po nią nie wróciła. Teraz płynie…

Poddasze

Poddasze


Fotel. Stary, bezbarwnie obity. Materiał to chyba, nie jestem pewna, bawełna. Nie, może len. Taki komunistyczny w dotyku.

Potem dywan. Włosy już z niego wychodziły. Zdeptany był. Tyle stóp gościł. Przesiąknął dymem wieczornych gier w karty. A ta plama to pewnie wino. Romantycznie.

Stołu też nie zostawią. Trzy nogi. Ale to chyba z zamierzenia.

Nie kołysał się, kiedy kładziono na niego herbatę. Dywan by pamiętał.

Meble wynieśli. Najpierw regał, potem komoda, szafa i kredens. Słyszały zapewne wiele. Wiele szeptów utkwiło w tej płycie pilśniowej. Skrzypieniem i zgrzytem dostosowywały pretekst do wynoszących rąk.

O firankach nie wspomnę. Żółte trochę, kochanki dywanu, łzawym szumem przeplatają cienkie wzory. Ocierają się o siebie, kokieteryjnie, już prawie nieprzekonywująco.

Kwiaty zabrała sąsiadka. Więcej nie było. Poddasze poddane recyklingu. Ciekawe, co po mnie będą stąd wynosić. Sterty kartek nieopisanych. Nic nieznaczące śmieci ze zsypu historii.

W pierwszą noc śnił mi się dywan w objęciach firanki i domek z kart. Na fotelu leżało bez ruchu.

Rotthe Clara

Ubiegłoroczna jesień była bardzo pogodna.

Blask promieni złocił czerwone liście tak mocno, że krzyczały szkarłatem krwi. Zieleni tez było wiele. Trawa przyjmując z rozkoszą kolejne płatki drzew, nie straciła nic ze swej soczystości. Żółć przechodziła w lekki oranż, aby potem zachwycać słodkością pomarańczy. Wszędzie brzmiał wrzesień.

Zeszła jesień była pełna słońca, pamiętam szalik zaplątany wokół szyi, niedbale z premedytacją osunięty na plecy. Kurtka… nie było kurtki. Tylko wełniany, brunatny sweter po kolana. Zresztą nie było tak zimno. Nawet dłonie nie potrzebowały rękawiczek. Grzały się na twoich. Październik parzył upałem okryty golfem kark. Tyle blasku, chciało się krzyknąć, tyle słońca. Nawet dnia z deszczem, ani jednej kropli wody, spływającej po srebrnych nitkach na moje włosy. O śniegu nie wspominając. Nawet okruszyny płatka, ułamka lodowego witraża odłupanego z kryształowej chmury. Parasol pokrywał się pokładami solnymi pajęczyn na dnie szafy. Nie potrzebowałam go, dopóki twoje słowa nie wywoływały w sercu lawiny. A długo nie wywoływały. Przez szmat czasu każdą chwilę zamkniętoby w albumie, jak zdjęcia z jesiennym pejzażem w tle.

Tamtej jesieni moja delikatna skóra pokryła się bursztynową warstwą melaniny. Nie sztucznie wywołaną przez elektryczność, ale prawdziwymi pocałunkami słonecznej poświaty. Tak gorąca była tamta jesień.

Kiedy trzymałam kubek Rotthe Clary, siedząc pod kocem w ciemnym pokoju, którego kąty rozjaśniały blaski świec, nie miałam deszczu na myśli. Nawet mżawka nie przetoczyła się przez skłębione u sufitu dymy kadzideł indyjskich. Choćby kropla. Miarowo wlewałam w siebie spokój, w międzyczasie łykając słodkie powietrze, a rubinowa ciecz za szklanego naczynia przesypywała się z kubka we mnie jak piasek w klepsydrze. Moje serce płynęło po niej daleko, wprost pod twoje okna, gdzie leżałeś już w łóżku, czekając na mnie. Tyle słońca było w tym lekkim listopadowym naparze.

Teraz pada. Bardzo mocno pada. Zimny deszcz co chwilę moczy moje blade policzki, utyka we włosach i złośliwie szepcze. Czasem pojedyncze promyki suszą brunatny sweter, ale tylko po to by następny deszcz mógł przyprawić mu więcej wiader z wodą niż poprzedni. Marznę w dłonie, których nie jest już w stanie ogrzać nawet kubek Rotthe Clary. Jej barwa powoli płowieje, choć za każdym razem sypię coraz więcej cukru.

Tegoroczna jesień będzie bardzo szara. Parasol nie może wyschnąć w przedpokoju na kafelkach, wzmaga protest bladnięciem płótna. Ten listopad bardzo będzie się różnił od poprzedniego. W mojej głowie widzę już brudnoszare liście gnijące pod stopami marmurowych grobów, które szereg po szeregu trwają niewzruszone z zimna, choć powinny chować się za drzewa przed smutno zawodzącym wiatrem. A one się nie boją. Są pewne, że napisów wykutych w ich twarzach nie zmyje byle woda, nie zdmuchnie ich tak szybko wiatr.

Na lewo od bramy obok dziury starego muru, w cieniu sędziwych dębów i wysokich chwastów stoi pomnik. Przecierając dłonią jego napis niewyraźny i zamazany, ledwo mogę odczytać:

NIECH BÓG STRZEŻE ICH WIECZNEGO SNU 1942

A tuż obok, przy wąskiej ścieżce, uśmiechałby się blado do ptaków nasz nagrobek. Zarośnięty i wytarty, ale szczęśliwy. We dwoje czas płynąłby szybciej do wieczności. A wicher szeptałby strunom traw cicho i powoli

OBUDŹMY ICH, KIEDY LISTOPAD ZNÓW ZABŁYŚNIE SŁOŃCEM, CHOĆ NA CHWILĘ

CHOĆ NA CHWILĘ

Tak mogliśmy spać dłoń przy dłoni, obok siebie. A teraz każde z nas będzie spało osobno. Przez każdy deszczowy listopad.


Legenda o upadku Anioła

Legenda o upadku Anioła


Kiedy Bóg stworzył Anioły, każdy z nich miał jedno skrzydło. Żyły tylko w górnych częściach marzeń. Na rzeczywistość spoglądały przez chmury szarości. Pewnego dnia jeden za bardzo wychylił się przez próg nadziei. Spadł. Lecąc w dół widział wszystkie światy. Pierwszy, drugi, trzeci… upadł tak niefortunnie, że spojrzał Jej w oczy. Była inna niż te wszystkie, które do tej pory widział. Jej Oczy wilgotniały deszczem, suszył je zimny wiatr smutku. Palce poznały smak ziemi i krwi, którego on nigdy nie znał. Patrzyła tak spokojnie, że słyszał jak Jej serce zaczynało bić szybciej i szybciej. Wyciągnęła do niego rękę. Tego jeszcze nigdy w życiu nie doświadczył. Pomogła mu wstać, chociaż przyzwyczajony był do samodzielności. Zebrała jego pióra, a on nigdy w życiu ich nie podniósł.

Teraz wiedział. Anioły nie są Aniołami, kiedy nie mogą pomagać. Kiedy nie wiedzą jak to się robi. A jej delikatne dłonie wiedziały… w uśmiechu odczytywał to, czego nigdy w życiu nie nazwał. Ciepło, dobro i to coś, czego nie potrafił rozpoznać. Złapał Ją mocno, tak żeby nie upuścić, tak żeby przypadkowo nie skrzywdzić. Zapragnął zabrać Ją ze sobą żeby mógł codziennie na Nią patrzeć…

Skrzydło. Tylko jedno, słabe. Nie ochroniło go od upadku i nie pozwoliło razem wznieść się do góry. Chociaż próbował, nie mógł. Nie chciał zawieść. Ale w Jej oczach nie widział zawodu. Tylko to dziwne uczucie. Zaprowadziła go do najspokojniejszego końca myśli. Tam gdzie było urwisko, z którego spadały marzenia. Z wysokiej skarpy widać było wszystkie: spełnione, zapomniane, zaniechane… spojrzał na niebo. Stąd wyglądało inaczej. Piękniej. Słońce, gwiazdy, kolory. Nie, to nie z tego nieba spadł. Spojrzał na Nią. Emanowała spokojem. Troską. Strachem. O niego? Okrył Ją skrzydłem. Przytulił mocno. Jego oczy zaczęły moknąć. Słona woda wymyła z nich obojętność. Znudzenie. Spadła na Jej włosy. Płynęła między łopatkami. W jej pryzmacie zauważył, że ona tez ma skrzydło. Jedno, tak samo słabe, ale bardziej delikatne. Miękkie i białe, a nie brudnoszare jak jego. To uczucie… Zrozumiał. Magnez w sercu. Też zrozumiał. Łzy na zegarku. Już wiedział. Po co miał Ją zabierać do nieba, skoro tam nie ma raju? Tam nie ma już dla niego nic. Zostanie. Żeby Ją chronić, żeby się o Nią bać. Takim przyjemnym, ciepłym strachem. Raj jest tu. Razem mieli dwa skrzydła i choć nie mogli latać wysoko w niebo to do raju starczało. Tam mógł ja zabrać.

Inne Anioły widziały. Szczęście jest zawsze podwójne. Ale nie potrafiły zrozumieć, dlaczego. Czasem, kiedy jeden z nich już wie, spada. Popełnia te same błędy. Ale wybaczane.

Bo Anioł też potrzebuje Stróża. Bo każdy potrzebuje Anioła.

Dźwiękoszczelna Piosenka

Dźwiękoszczelna piosenka


Rozpłynęła się w trawie. Włosy wtopiły się między żółte mlecze. Odrzuciła na bok ręce i wszystkie niepotrzebne nonsensy. Wpływało na nią niebo. Błękitne, rozmywało ją z ciałem w kwiatach. Już kiedyś słyszała tą piosenkę.

Jej delikatne nuty były zapisywane przez wiatr na pięciolinii niewinnych traw i grubych konarów drzew. Śpiewały ją na głos ptaki. Donośnie, ponad pękami stokrotek i pąkami lipy. Bzyczały o niej pszczoły wśród dalekich uli, gwizdał wicher na rynnach.

Kluczem do niej był klucz wiolinowy. Zatarty w spiralnej muszli ślimaka. Nosił go na szyi chitynowy żuk. Do klucza tego nie było kłódki, nie było żadnego zamka. Nawet pałacu nie było. Ten klucz otwierał to, co nie wymagało zamknięcia.

Otwierał w naszej głowie drzwi. W drzwiach tych skrzypiały zawiasy. Rytmicznie. W pustym pokoju nie było nikogo. Oprócz skrzynki mandarynek i elfów, które mandarynkami tymi karmiły marzenia. Taki to klucz niosła ze sobą piosenka.

Jej dźwięk dodawał elfom siły. Owocom koloru i smaku. Trawie szczawiowej barwy. Rozpłynęła się w trawie. Włosy wtopiły się między żółte mlecze. Odrzuciła na bok ręce i wszystkie niepotrzebne nonsensy. Wpływało na nią niebo. Błękitne, rozmywało ją z ciałem w kwiatach. Już kiedyś słyszała tą piosenkę. Dźwiękoszczelną piosenkę.


Mała Syrenka

Widząc z brzegu jak książę przytula jasnowłosą dziewczynę, Mała Syrenka roniła cicho łzy. Ukryta z skałą, przyglądała się szczęśliwej twarzy swojego ukochanego, który nawet nie wiedział, że nim jest. Mała Syrenka pokochała go szczerze. I nie mogła znieść tego widoku.

Zanurkowała w fale, między którymi nie widać było jej łez. Popłynęła na samo dno morza i tam usiadłszy na dziobie zatopionego stadku, płakała głośno i rzewnie.

Usłyszała ją wodna wiedźma, mieszkająca niedaleko. Żal jej się zrobiło Syrenki.

- Czemu płaczesz?- spytała, podpływając do niej.

- Mój książę – zachlipała – ma narzeczoną. Uratowałam go przed śmiercią, pokochałam, a on nie wie nawet o moim istnieniu. – woda dookoła niej stawała się słona - Ja go kocham…

- Ale on nie kocha ciebie – stwierdziła wiedźma. Widziała, ze dziewczyna cierpi. Patrzyła na nią czerwonymi od płaczu oczyma i szukała wsparcia. – Jeśli chcesz, mogę ci pomóc.

- W jaki sposób?- nie dowierzała Syrenka.

- Na jeden dzień będziesz mogła wyjść na brzeg. Wyznasz księciu swoją miłość. Jeżeli on też cię pokocha: zostaniesz. W przeciwnym razie będziesz musiała wrócić do morza.

- Dlaczego mi pomagasz? – spytał Syrenka.

- Bo potrzebujesz pomocy.

Następnego ranka Mała Syrenka wyszła z fal na plażę. Wiedźma podarowała jej piękną suknię z zielonego materiału i nauczyła oddychać płucami.

Przypadek sprawił, że książę spacerował właśnie po śniadaniu i rozmyślał, słuchając szumu wody i krzyków mew. Zobaczył Syrenkę.

- Witaj – powiedział uśmiechając się.

- Witaj książę – rzekła nieśmiało. W dłoni skrytej za plecami kurczowo trzymała jakiś przedmiot. – Przyszłam, żeby ci powiedzieć, że cię kocham – jej głos łamał się lekko i drżał.

- Syrenko – zaczął niepewnie książę. Nie wiedział, co powiedzieć. – Syrenko, ale ja mam narzeczoną. Kocham ją najbardziej na świecie, jest dla mnie wszystkim. Nawet gdybym kochał ją mniej, nie mógłbym jej zostawić…

Twarz Syrenki zarumieniła się w gniewie, oczy rozszerzyły, a usta ściągnęły. Popatrzyła na niego wzrokiem pełnym nienawiści i odrazy.

- Jeżeli nie chcesz być ze mną… - nie dokończyła. Zdecydowanym ruchem ręki pchnęła księcia tak, że upadł na plecy. Nie krzyknął z bólu ze złości, ani nawet ze zdumienia. Nie zdążył. Sztylet ze zdobioną rękojeścią tkwił w jego piersi.

Mała Syrenka schyliła się i wyjęła ostrze. Wytarła je o rękaw sukni i znikła w falach.

Królewna Śnieżka

Księżniczka ugryzła jabłko i osunęła się na podłogę bez życia. Macocha skuliła głowę i popatrzyła na pasierbicę z litością. Nie skrzeczała i nie śmiała się. Domek opuściła w pośpiechu, bo wiedziała, że niebawem wrócą krasnoludki. Przemykając między drzewami tylko raz jej usta przyozdobił delikatny uśmiech: kiedy pomyślała, że Śnieżka już nigdy nikomu nie wyrządzi krzywdy.

Niebawem do domku wróciła siódemka towarzyszy księżniczki. Z każdym dniem od pojawienia się Śnieżki mieli coraz mniej siły, z każdym dniem bledli. Ale kochali księżniczkę.

Nazbierali jagód na przepyszny placek, jaki potrafiła robić tylko Śnieżka. Zdziwili się, że wewnątrz jest ciemno. Zawsze czekała nich z kolacją i uśmiechem na twarzy.

- Może zasnęła? – powiedział jeden z nich, popychając drzwi.

Weszli, a blask ich latarni oświetlił pomieszczenie. Wszystko było takie, jak zapamiętali wychodząc. Tylko księżniczka leżała na podłodze w pogniecionej sukni, a jej palce ściskały kurczowo czerwony owoc.

Rozpaczy i żalu nie było końca.

- Śnieżka nie żyje! – krzyczeli – Nasza ukochana Śnieżka umarła!

Płakali całą noc, a rankiem postanowili księżniczkę pochować. Była jednak zbyt piękna, żeby zagrzebać ją w ziemi. Krasnoludki nie chciały, aby gniła i pleśniała między robakami. Zbudowały dla niej szklaną trumnę i zostawiły na leśnej planie. Chodziły tam każdego dnia i opłakiwały dziewczynę, nie mogąc się pogodzić z tym, że odeszła. Sprawiała wrażenie śpiącej: jej usta były czerwone jak krew, włosy zachwycały ciemną barwą hebanu, a skóra bladością alabastru.

Mijały dni, księżniczka leżała, a krasnoludki coraz rzadziej przychodziły ją odwiedzać. Nie były już tak blade i zmęczone. Coraz częściej się uśmiechały i miały więcej siły do pracy. Wszystko stawało się takie jak dawniej.

Pewnego ranka przez las przejeżdżał młody książę. Zgubił się w lesie i krążył po nim, próbując odnaleźć drogę powrotną. Przypadek sprawił, że trafił na polanę ze szklaną trumną. Kiedy tylko ujrzał Śnieżkę, zakochał się w niej. Zdjął z trumny pokrywę. Dziewczyna była zimniejsza od szkła.

Najpierw dotknął jej dłoni. Nachylił się i pocałował w czoło. Nie poruszyła się i nie oddychała, stwierdził gładząc ją po włosach.

- Uczyniłbym z ciebie swoją królową. Byłabyś moją żoną, mielibyśmy dużo dzieci. Żylibyśmy długo i szczęśliwie – szeptał jej do ucha – w pięknym królestwie obrośniętym różami.

Złożył na jej karminowych ustach pocałunek. Czuł jak jej wargi z chłodnych kawałków lodu stają się cieplejsze, aż w końcu wydało mu się, że Śnieżka oddycha. Podniósł głowę, aby na nią spojrzeć. Nic się nie zmieniło: włosy jak heban, skóra jak śnieg… a w kąciku jej ust kołysała się maleńka kropelka krwi.

Krasnoludki przyszły do Śnieżki nazajutrz. Zastały odkrytą, pustą trumnę i leżącego obok niej młodego księcia. Był blady i nie oddychał.

Jaś i Małgosia

Zapadła ciemna noc. Jaś z Małgosią siedzieli przy wielkim ognisku i czekali na swoich rodziców.

- Zostawili nas. – zaszlochała Małgosia.

- Dziwisz się? – zapytał Jaś – Skoro zostawili nas już raz, to czemu nie mieliby robić tego znowu.

- Jak wrócimy do domu tym razem? Przecież nie mamy kamyków. – smuciła się dalej.

- Nie wrócimy. – odparł.

Przez całą noc błąkali się po lesie. Nie mieli co jeść – znaleźli tylko kila jagód. Małgosia cały czas płakała a Jaś nie próbował nawet jej pocieszać. Wiedział, że tylko cud może ich uratować.

Nad ranem dotarli do malutkiej polanki, na której stał domek. Zobaczyli go już z daleka. Ściany miał jak z piernika, dach z ciasta, a szyby z cukru. Otynkowany był lukrem, a zamiast dachówki wyłożono go czekoladą. Tak im się przynajmniej zdawało, bo kiedy podeszli, aby skosztować, okazało się, że to tylko zwykła drewniana chałupka. Zwykła farba, szklane szyby.

Jaś zaklął głośno, a Małgosia znów się popłakała. Usiedli przed domem załamani i zrezygnowani. Nie mieli siły podziwiać pięknych kwiatów, śpiewu ptaków, które chętnie siadały na niskim płotku, ani słoneczka pukającego do okien.

Kiedy tak siedzieli, drzwi otworzyły się i stanęła w nich stara, zgarbiona kobieta. Jej siwe włosy pokrywała chustka, a dłoń wsparta była na lasce.

- O! – krzyknęła na widok dzieci – moi kochani, dlaczego siedzicie przed domem. Gdybym ja była wiedziała, zaprosiłabym was do środka. Pewnie jesteście bardzo głodni. Zapraszam, zapraszam. – ruchem ręki wskazała drzwi.

Wewnątrz było ciepło i przytulnie. W kominku tańczył ogień, a pomieszczenie wypełniała woń świeżego pieczywa.

- Nie mam wiele. – powiedziała, stawiając przed nimi talerz z chlebem i dzbanek mleka. – Ale wystarczy dla wszystkich. Poczekajcie, a przyniosę wam słoiczek konfitur.

Uśmiechnęła się do nich szczerze. Odwróciła i wolno podreptała do następnego pomieszczenia, które było maleńką spiżarnią – praktycznie pustą.

- Małgosiu, posłuchaj mnie teraz. Ten domek jest przytulny i ciepły. Moglibyśmy tu zamieszkać. Co ty na to?

- Ale nie wiemy, czy ta przemiła staruszka nas przyjmie. – szepnęła zmartwiona.

Jaś popatrzył na nią z wyrzutem i Małgosia zrozumiała, o co Jasiowi chodziło. Wstała od stołu w chwili, kiedy staruszka wchodziła do pomieszczenia. Z impetem pchnęła ją, a biedna kobieta wylądowała w kominku. Choć krzyczała o pomoc, żadne z dzieci nie podało jej ręki. Oboje patrzyli na nią z radością. A kiedy spłonęła Jaś zwrócił się do Małgosi:

- Teraz mamy już własny domek…

Czerwony Kapturek

Było piękne wiosenne przedpołudnie. Kwiaty rozkwitały, wznosząc swe młode płatki wyżej, do słońca. Ptaki, widząc błękit nieba i czystą biel chmur, nuciły na ich cześć radosne piosenki, pochwytane przez wiatr i szelest jasnych traw. Piosenki te wędrowały dalej, do lasu. Budzące się z zimowego snu drzewa wypuszczały już pierwsze pączki, a ich liście nieśmiało i wstydliwie wpełzały z powrotem za cieniutkie gałązki.

Na skraju lasu stał maleńki, biały jak chmury domek. Wiosna i o nim nie zapomniała. Okrążały go świeżo zaróżowione kwiaty, ścieżkę przytulała miękka trawa. Do malutkich okienek pukały słoneczne promienie.

W domku żyła wraz z mamą urocza dziewczynka. Miała jasne warkocze i czerwony fartuszek. Jej kapturek również był wiśniowy i dlatego zwaną ją Czerwonym Kapturkiem. Może dlatego, że cały czas zasłaniał jaj twarz…

Dziewczynka w każdy czwartek chodziła do swojej babci, aby zanieść jej w koszyczku chleb, ciastka i sok malinowy. Tego dnia również spakowała koszyczek i nakryła go lnianą chustką. Wyszła z domu nie żegnając się, jak to miała w swoim zwyczaju.

Las był przyjemny i sympatyczny. Wiewiórki skakały po konarach, płosząc malutkie słowiki. Czerwony Kapturek szedł, nie odrywając wzroku od ścieżki. Nie słuchał, nie podziwiał, ni9e uśmiechał się. Ukradkiem odsunęła chustkę i sprawdziła czy wszystko zabrała. Był chleb, były ciastka. Ale nie było soku malinowego. Zamiast butelki z koszyka wystawał wielki, ostry nóż.

Przeszła już spory kawałek, kiedy słyszała głośny szelest. Podeszła bez strachu do krzaków i zajrzała przez nie. Za nimi znajdowała się maleńka polana, pełna kwiatów, motyli i zielonego mchu. Na środku siedziała wielka, włochata bestia. Wilk miał ogromny pysk, ostre pazury i błyszczące oczy.

- Witaj dziewczynko – powiedział słodko – dokąd idziesz?

- A co cię to obchodzi? – burknęła. – Idę do babci. Jak co czwartek. Niosę jej pełno różnych głupich rzeczy, których wcale nie potrzebuje.

- Do babci? A gdzie mieszka twoja babcia?

- Daleko. – odparł Czerwony Kapturek i nie żegnając się ruszył w dalszą drogę.

Wilk nie był zdziwiony nieuprzejmością dziewczynki. Zdziwił go natomiast wielki nóż wystający z koszyka. Postanowił iść za dziewczynką.

Po długim i wyczerpującym marszu doszła w końcu do domku. Był prawie identyczny jak ten, w którym mieszkała. Zapukała i nie czekając na zaproszenie weszła.

- Babciu, – słodycz w jej głosie była nienaturalna i raziła jak trucizna – przyszłam.

- Cieszę się moje dziecko. – odparła babcia.

- Przyniosłam ci wszystko, zobacz.

Babcia wzięła z jej rąk koszyk i wyciągając po kolei, kładła każda z rzeczy na maleńkim stoliku.

- Jest chleb, są ciastka. – wyliczała – Kapturku, a gdzie sok? – zapytała zdziwiona.

- Tutaj – odparł Czerwony Kapturek wbijając wielkie ostrze noża prosto w serce babci.

Nie trzęsły jej się ręce. Jej oczy nie zmieniły się w błysku. Stała niewzruszona.

Nagle do domku wpadł wilk. Natychmiast zauważył wielki zakrwawiony nóż w ręku dziewczynki i leżąca na podłodze babcie.

- Widzisz bydlaku – powiedział chłodno Kapturek widząc przez szybę biegnącego Gajowego – i tak wszystko będzie na ciebie.

Recenzja parku Waryńskiego

Zastanawiam się, dlaczego jesień tylko jest taka kolorowa i piękna.

Wiosna, zgoda, wszystko pachnie, żyje i kwitnie. Latają malutkie pszczółki i motylki. Można w końcu rzucić wielgachną puchową kurtkę na samo dno szafy. Uff… od razu lepiej. Z dogrzewanych pokoi wypełzają zakochani, odurzeni słodkim zapachem żywicy.

Lato. Dajcie spokój, mam ochotę krzyknąć. No pewnie, że jest kolorowo. Wszędzie barwa szmaragdów, turkusa. Mieni się seledyn dojrzałej ropuchy i oliwkowy odcień niedojrzałych jabłek. Nawet niebo przybiera kolor morskobłekitny tyle, że przybrudzony. Zielono. Tak bardzo zielono, że prawie UFO.

O zimie nie wspominam. Nie dość, że kurtka to jeszcze mrozy. Zakochani znów, zamiast płoszyć gołębie infantylnym krzykiem, siedzą przed telewizorami. Biało, tak okrutnie biało. A potem już nawet nie biało. Potem jest brudnobiało i paskudnie błotnie.

Tylko jesień jest tak kolorowa. Nie wierzysz? Przyjdź jesienią i usiądź na jednej z ławek w parku Waryńskiego. Przytulnie prawda. No ja wiem, że nie jest to las, pełen różnych ciekawych rzeczy, w tym grzybów szyszek i gałęzi, o które można złamać nogę, ale zawsze jakiś zalążek ekosystemu. Przejdźmy teraz to tego estetycznego aspektu parku. Pewnie, że mogłabym napisać o woni taniego wina, przysłaniającego zapach liści, ale po co?

Park ten jest miejscem wysoce kulturalnym od godziny piętnastej do godziny osiemnastej w sezonie, czyli od połowy sierpnia do końca października. Starsi ludzie oblegają ławki grupowo i czasem można posłuchać, jak to chleb podrożał czy renta za niska. Można nauczyć się wiele. Jak wiadomo najlepsze scenariusze pisze życie, a ci ludzie, gdyby tylko chcieli je spisać, pobili by na głowę, ba, na dwie nawet, wszystkie brazylijskie i wrocławskie seriale. Dobrze, że starsi ludzie też potrafią docenić piękno i kolory jesieni. I to na pewno nie ostatniej w ich życiu.

Dość kontrastowym zjawiskiem dla wyżej wymienionych są małe dzieci. Czy widział ktoś, jak grupka sześciolatków próbuje kijami strącać kasztany z drzewa? Ja widziałam. Uroczy i pouczający widok. Choć, przyznam, obserwacje takie są dość niebezpieczne. Kije latają wysoko. Są jeszcze dzieci, które nie ganiają za sobą z prozaicznego powodu – biegać jeszcze nie umieją. Ale za to drą się jak te sześcioletnie.

Ruchliwą drogę oddzielającą park od grupki domów wynagradza spokojna uliczka po drugiej stronie skweru, a zapach liści przysłania lekko spalinowy odór. Obok jest nawet cukiernia i kiedy jest się złym albo smutnym duże ciastko z olbrzymią porcją kremu jest w stanie humor nam zwrócić.

Chciałam opisać historię parku, albo jakieś ważne wydarzenie, które tam miało miejsce. Niestety. Nie dotarłam do informacji z prostej przyczyny – przyznaję się, że dużo bardziej wolałam siedzieć właśnie w parku i pisać, czytać lub po prostu myśleć niż tonąć w wielkich historycznych dziełach literackich. Mogę jednak ten fakt załagodzić pisząc, ze nie ja jedyna. Kiedy się rozejrzałam, moim oczom ukazały się inne osoby, siedzące, jak by się wydawało, bez celu i przyczyny. Ale to tylko pozory.

Bo drogie panie i drodzy panowie, każdy z nich robił jakąś monumentalnie ważną rzecz. Widziałam poetów, skrobiących się długopisem po czole. Z ich oczu spoglądała w czystej postaci metafora. Siedzieli również artyści – plastycy. Poznałam po ołówkach miękkich prawie jak proszek, kopie kredek w dłoniach i gumce leżącej obok. Są też prozaicy. Oni co jakiś czas wpatrują się w jeden punkt, dając odpocząć dłoni, od potoku słów lejącego się prosto na kartkę.

Park Waryńskiego przyciąga wszystkich. Jest tam dość cicho – w porównaniu z innymi parkami w Bolesławcu – jasno i zaryzykuję stwierdzenie - przytulnie. Liście pachną tak cudownie i szeleszczą pod nogami. Kiedy będziesz przechodził jedną ze ścieżek, spiesząc się na jakieś bardzo ważne spotkanie, do pracy albo w jakieś inne miejsce do którego można się spieszyć, zwolnij na chwilę i popatrz na kogoś, kto siedzi spokojnie i tworzy. Nie miałbyś też czasem ochoty? Nie bój się pisać malować lub uprawiać innej, równie pięknej dyscypliny artystycznej. Każdy się spieszy. Ale gdybyś tylko znalazł chwilę i usiadł na jednej z ławek to coś przyjdzie do ciecie samo. Nie będziesz czekać długo.

A więc zapraszam. Zwalniam właśnie jedną w moich ulubionych ławek, naprzeciwko placu zabaw. Chętnie podzielę się jej mocą z innymi. Jaką mocą, pewnie ktoś zaraz zapyta. Nie odpowiem, każdy ma a przynajmniej powinien mieć wyobraźnie. Wymyśl moc, którą ławka może cię obdarzyć, a gwarantuję, że jeśli tylko uwierzysz, spisze się lepiej niż czarodziejska lampa czy dywan. Ale od ciebie tylko zależy, czy dasz taj magii klucz do swojej głowy. Usiądź. To nic nie kosztuje.

Może kiedyś się spotkamy na jednej z ławek? Uśmiechnij się wtedy, żebym wiedziała.


Chwilowo bez tytułu

Ulica Asnyka tętniła życiem. Trochę niżej, po drodze przemykały samochody, a na chodniku, wzdłuż sklepów, mijali się ludzie.

Popołudnie nie zachwycało słonecznym ciepłem, na niebie kłębiły się ciężkie chmury. Za chwilę albo z dwie zacznie padać.

Z kwiaciarni na rogu wyszedł młody chłopak. W dłoni trzymał bukiet czerwonych róż.

- Po co te róże?

- Idziesz do cioci na imieniny.

- Ależ ty tandetna jesteś, o matko.

Park Waryńskiego. Ławka. Jesienne popołudnie. Ja.

- Dlaczego? – zapytałam poprawiając czarną czapkę.

- Czerwone róże. I to jeszcze bukiet. To już było miliony razy. A z tą ciocią żartowałaś, prawda?

- A co chciałbyś nieść? Słonia?

Z drzew staczały się na dół żółte liście. Nie było zimno, ale wiatr trochę ciął po twarzy.

- Coś mniej pretensjonalnego. – oświadczył.

- Ach tak? Słucham propozycji.

Umilkłam na chwilę. Przede mną przeszła wolno kobieta, popychając wózek z dzieckiem. O dziwo nie wrzeszczało. Udawałam, ze piszę.

- No na przykład, chociażby tanie wino w plecaku, albo pistolet.

Tym to mnie powalił. Stworzyłam potwora?!

- To jest porządne opowiadanie. Wino w plecaku, zgoda możesz mieć. Ale nikt o nim wiedzieć nie będzie. Pistolet za żadne skarby świata. Czy ty chcesz, żeby ludzie bali się Asnykiem chodzić? Sama tym się bała. Psychopata z bronią. To nie Tokio to Bolesławiec. Scyzoryk do konserw, ewentualnie.

- Niech ci będzie. – odparł z wyrzutem.

Na placu zabaw, jak sama nazwa wskazuje, bawiły się dzieci. Nie zwracały na mnie uwagi. Tylko starszy pan przechodzący obok popatrzył dziwnie. A co mi tam. Skoro rozmawiam sama ze sobą po niemiecku, myjąc naczynia, to dlaczego maiłabym nie rozmawiając z bohaterem własnego opowiadania. Dal niepoznaki założyłam na uszy zestaw słuchawkowy i udawałam, że rozmawiam przez telefon.

- No to zaczniemy inaczej.

Przed światłami stał młody chłopak. Czerwone. Czekał, żeby przejść. W jego niebieskich oczach błyskało zniecierpliwienie.

- Dlaczego niebieskich? – zapytał.

- No masz ci los. A jakich?

- Nie no może być. Ale…

- Posłuchaj, jeszcze jedno ale i przerobię cię na starszego pana z laską. Albo na bizneswomen. Może wtedy nie będziesz taki upierdliwy. Albo jeszcze lepiej będziesz niemowlakiem w wózku.

- Dobra. Niech będą niebieskie. Tylko nie przesadź…

Światło w końcu zmieniło się na zielone. Szybko przemknął przez pasy rozchlapując glanami wodę w kałuży. Wczoraj padało.

- Glanami! To mi się podoba.

- Milczeć!

Minął już sklep z odzieżą dla pań i delikatesy. Zaczęło padać. Na głowę założył kaptur.

- Zapomniałaś dodać, że kurtka jest czarna, a ja mam długie włosy.

- Nie dodałam też, że masz na imię Bożydar. Zostało w domyśle.

- Nie zrobisz mi tego. Prawda?

- Jak będziesz się dalej wcinał, to zrobię. Straciłam wątek.

- Szedłem koło delikatesów i zaczęło padać.

Rozpuszczona długie włosy schował pod kurtką. Nad Bolesławcem zawisły czarne chmury. Słońca nie było widać.

- Nie podoba mi się. – znowu przerwał mi myśl.

- Co ci się nie podoba? – zapytałam.

- Ogólnie konwencja.

Dopiekł mi do żywego.

- Tak? To jak byś to zrobił?

- Wieczór. Ciemna postać przemyka ulicą Staroszkolną i znika między blokami, pozostawiając tylko poruszającą się wodę w kałużach.

- Dobra. Zobaczę, co da się zrobić.

UlicaStaroszkolna była pusta. Późnym, zimowym wieczorem mało kto wychodził z domu. Światła w szybach zmieniały swój odcień zgodnie ze zmianą kanałów w telewizji.

Niewzruszone latarnie swoim sztucznym światłem obrzucały ulicę. Ostatni samochód przejechał dobre kilka minut temu. Wiatr, zimny i wilgotny, poruszał gałęziami drzew. Między nimi znajdowała się piaskownica. Podmuch wyrywał z niej drobinki piasku i rzucał o ścieżkę. Siedzący na niej kruk zerwał się, złośliwie skrzecząc. Usiadł na oparciu ławki.

- Jak chcesz to potrafisz.

- Zamknij się, no!

Nie wiatru się przestraszył. Ścieżką, rozchlapując kałuże, szła postać w ciemnym płaszczu. Powiew unosił jej długie ciemne włosy.

- I co teraz? – zapytałam.

Poprawiłam chustę pod szyja i wyprostowałam nogi. Popołudnie było całkiem przyjemne. Uwielbiałam park jesienią.

- Nie rozumiem pytania. – odparł.

- Co teraz chcesz robić, jak tak przemykasz.

- Napisz coś, żeby było wiadomo, że ja to ja. No wiesz, bo teraz to wychodzi na to, ze równie dobrze w tym płaszczu z włosami to mogłaby dziewczyna iść.

Jedna z latarni, mdłym światłem oplotła twarz postaci. Miała wyraźne męskie rysy i duże oczy. W kolorze deszczu.

- I co?

- I nic. Dalej.

- Co dalej? Wymyśliłeś, to myśl dalej. Bo jak mi nic do głowy nie wpadnie to będę cię musiała, no wiesz, unicestwić. Wpakować pod samochód, czy coś.

- Spokojnie. – wystraszył się – Może powinienem kogoś spotkać?

- O.K.

Kierował się w stronę ulicy Tysiąclecia. Tam panował już większy ruch. Samochody przemykały jeden po drugim, przejeżdżając przez światła.

- Do niczego. Pomysł dobry, ale… - rzekłam zrezygnowana.

- Ale co?

- Nie wiem, jak to zakończyć. Ta czerń i wieczór to pasuje mi do jakiejś zbrodni, dilerów, albo sekty.

- To jest myśl! Sekta.

- Daj sobie spokój. To miała być prawdziwa historia. I realistyczna. Taka trochę sielankowa – wpatrzyłam się w liście na ścieżce.

Mimo szczerych chęci, żaden pomysł nie wpadł mi do głowy. Park Waryńskiego, moje ulubione miejsce do snucia dziwnych historii. Ale tym razem snuły się tu tylko smutne ludzkie postacie, w pośpiechu zatracające kontury.

- Skoro zaczęłam, to skończę. – stwierdziłam ostro.

- Zuch dziewczynka. – prychnął ironicznie.

- Ciebie zawsze mogę zmienić.

- Nie możesz. Jestem alterego. Pomagam ci. Tan głos, drzemiący w tobie, to ja…

- Zamknij się, ty niewydarzony wytworze mojej chorej wyobraźni! Jesteś tylko plamą na papierze. Mogę cię skreślić, kiedy tylko będę chciała!

- Uuu. A co na to Freud? Nie denerwuj się tak, bo ci zmarchy wylezą. Żartowałem. Lepiej myśl.

- Myślę. Jesteś młodym chłopakiem z długimi włosami i niebieskimi oczami. Ubrany na czarno z kostka na plecach i glanami na nogach. Gdzie możesz leść?

- Może zamieńmy kostkę na gitarę. Będę szedł do kolegi. Mamy zespół i piszemy nową piosenkę.

- Odpada. Za bardzo schematyczne i sztampowe. Wiesz, burzymy stereotypy.

- Nowa akcja Ministerstwa Edukacji Narodowej?

- Nie, trochę koloru i smaku w epice. – zamyśliłam się i westchnęłam głęboko. Z torebki wyjęłam paczkę gum do żucia i poczęstowałam się jedną. Podobno tak można dotlenić mózg. Nie wiem, czy mam co dotleniać, ale spróbować watro. – A może ty spotkasz jakąś dziewczynę? Tak przelotnie, na ulicy.

- Miało być realistycznie i …

- Będzie. No proszę. To mój ostatni pomysł. Zaraz się zrobi ciemno i będę musiała iść do domu. I o tobie zapomnę…

- Dobra. Zobaczymy jak ci to wyjdzie. Słucham.

Uśmiechnięta wyszła z budynku. Po dwóch godzinach siedzenia na kursie potrzebowała świeżego powietrza. I świadomości, że ma już dzisiaj wolne. Szła wolno ulicą Ogrodową w stronę Asnyka. W ręku niosła teczkę z opowiadaniami. Nagle zadzwonił telefon. Spuściła wzrok i nie przystając, zaczęła grzebać w kieszeni. I to był błąd.

Wpadła na kogoś. Upuściła teczkę i ledwo utrzymała równowagę. Poprawiając czapkę przyklęknęła i zaczęła zbierać rozsypane kartki. Jak na złość, telefon przestał dzwonić.

Kurde, pomyślała, wszystko w błoto. Dosłownie. Kartki były mokre i brudne. Osoba, którą staranowała uklękła przy niej i pomogła zbierać. Najpierw zobaczyła czarny rękaw kurtki, a kiedy podniosła głowę parę błękitnych oczu nad szczerym uśmiechem oplecionym burzą brązowych włosów.

- Przepraszam, nie chciałam. – odparła nieśmiało.

- Nic nie szkodzi – oparł.

- Halo, ziemia!

Zaraz zrobisz z tego mdłe romansidło. A ja zastrzegam sobie prawo do nie występowania w mdłych romansidłach!

- Dlaczego? – zapytałam z uśmiechem.

- Bo… - odparł i zamilknął na chwilę. – może omówimy to w domu przy herbacie?- spytał.

- Jasne. Mam Yerba Mate.

Schowałam do torebki zeszyt i długopis. Szczerze mówiąc to była już najwyższa pora, żeby park opuścić. Zaczynało się ściemniać.

Cieszyłam się nie wiadomo z czego, mijając kolejne bloki przy ulicy Bielskiej. Poszłam na skróty przez podwórka.

- Kaśka? – usłyszałam.

- Co znowu. – męczyły mnie już te pytania papierowego przyjaciela.

- Już nic. Bo tak sobie pomyślałem, ze ty naprawdę szurnięta jesteś.

Pochlebił mi tym. A może to ja sama sobie tak pochlebiłam?

- Jak każdy.- odpowiedziałam.

- Wiesz, może wróćmy jednak do konwencji ze Straroszkolną i spotkaniem?

Nie uśmiechało mi się to za bardzo. Teraz mam mniejsze pole do popisu. No bo mdłe romansidło ma większą poczytalność. I można coś naściemniać.

- Ale oczy zmienię ci na zielone.

- Czemu? – spytał zdziwiony.

- Z sentymentu. Łatwiej mi będzie wrzucić cię pod samochód..

- Co?

- Żartowałam. A teraz cicho – zadzwoniłam domofonem, a ciche bzyczenie odblokowało drzwi – nie chcę, żeby sąsiedzi usłyszeli.

- Jak sobie życzysz.

Idąc po schodach zmartwiłam się szczerze. Całe popołudnie straciłam wymyślając historie bez pokrycia. A tekstu jak nie było tak nie ma. No cóż. Mickiewicz też pewnie miewał gorsze dni…






Cicha, poczta i husyci

Ulica Cicha cichą była nie tylko z nazwy. Droga asfaltowa pozwalała poruszać się tylko w jednym kierunku, który nie był zbyt często uczęszczany. W wystającym zza dwóch równoległych ścian garaży samochodzie migała niebieska lampka. Czas zimowy, dwunasta pięćdziesiąt dwa i trzydzieści osiem sekund. W bloku naprzeciwko mało kto palił światło. Kilka osób oglądało telewizję. Było też parę odblasków, jakby od świec. Romantycznie. Nagle na cały głos wydarł się mój ulubiony wokalista

- Be still for a moment, everything depends upon you if you die I will die too…

- Jonas, zamknij się – poprosiłam grzecznie, tak, jakby leżał przy mnie. Ale nie leżał i się nie zamknął.

Uwolniłam z objęć Morfeusza jedną rękę i odszukałam telefon, co graniczyło z cudem. Jonas zdążył jeszcze powiedzieć mi, że „once we were heroes, but everything has changend since then”. Jeszcze nie do końca pogodziłam się z faktem, że za chwilę będę zmuszona wstać. Odebrałam.

- Śpisz? – głupie pytanie.

- Nie. – skłamałam.

- Przepraszam, że tak późno – zaczął się tłumaczyć.

- Nie szkodzi – ziewnęłam – wiesz, mówiłam, trzecia w nocy i te sprawy. Do mnie można zawsze.

- Śpisz? – znów usłyszałam inteligentne pytanie.

- Nie. – tym razem odpowiedziałam zgodnie z prawdą. – słucham, cóż ważnego chcesz mi powiedzieć?

Po cichu wstałam z łóżka – już z tą myślą pogodzona i ledwo włócząc nogami podeszłam do okna. Tyłkiem oparta o biurko, podziwiałam widok za nim.


- Słyszałem, ze szukasz informacji… - zaczął konspiracyjnie.

- Tak. A najlepsze kasztany i tak dalej. – zniżyłam głos do szeptu, żeby innych tak brutalnie z morfeuszowych objęć nie wyrwać. – Mów lepiej o co biega.

W wieżowcu wystającym ponad blokami zgasły dwa światła, ale za to po lewej stronie w oknie zamigotało jedno. Wkrótce zasłoni je nowo wybudowany kawałek gimnazjum, czy co to tam innego jest, dlatego wolałam się napatrzeć, póki mam szansę. Chociaż kiedy przyjrzałam się bliżej stwierdziłam, że jednak nie zasłoni.

- Masz coś o mojej kamienicy? – zapytałam.

- Tak, choć nie do końca. – stwierdził, część do przecinka wypowiadając z entuzjazmem, entuzjazmem część po przecinku bez.

- Zamieniam się w słuch – stwierdziłam, licząc latarnie. Było trzynaście. A przynajmniej tyle widziałam. Jedna z nich podświetlała wyraźnie napis „top” dodając brudu białym literom i złowieszczego akcentu niebieskiemu tłu. Jasna poświata w oknie naprzeciwko zgasła. Normalnie ludzie to o tej porze już śpią. A jak nie śpią, to mają przynajmniej coś ważnego do roboty.

- Kamienica znajduje się na ulicy Kaszubskiej. Mieści się tam poczta główna i wspólnota mieszkaniowa. Naprzeciwka jest park. Nie wymienię z nazwy, bo nie znam. Ale nawet przyjemny.

Zatkało mnie. Wcale nie dlatego, że na Cichej zapaliły się w oknach cztery światła. Nie dlatego, że przejechał samochód. Nawet nie przez to, że latarnia zgasła.

- Dzwonisz tylko po to, żeby mi to powiedzieć? – zdradziłam przyczynę swojego zdziwienia – chłopie, niech gniew bogów spadnie na ciebie z dużej wysokości, jeżeli mam rację. Przecież ja wiedziałam to już dawno, Holmesie! – nazwisko słynnego detektywa wypowiedziałam w mocno spolszczonej wersji. Miałam ochotę poszczuć rozmówcę psem Baskervill’ów.

W słuchawce usłyszałam śmiech, który znaczył, że chyba nie tylko to ma do powiedzenia osoba wspierająca rozwój linii telefonicznych.

- Spokojnie. – nie skomentowałam – mam jeszcze parę suchych faktów, - Pierwszy raz od początku naszej rozmowy powiedział coś mądrego. – ale nie na ten temat.

Gdyby strzały z zatrutym grotem można było wysłać SMS-em, zrobiłabym to natychmiast. Trafiając go w czoło.

- Zdradź mi tajemnicę. Na jaki temat. – poprosiłam zrezygnowana.

- Na taki, który cię zainteresuje, Katarzyno Nikoletto – nie lubię jak mówi się do mnie Katarzyna, Ksiosława ani tym bardziej Kasiula, zwłaszcza z przekąsem. Ale aluzję załapałam od razu.

- A więc oświeć mnie, o czym Sapkowski zapomniał?- wiedziałam, że on książek Sapkowskiego przeczytał mniej ode mnie, chociaż ja dopiero zaczynam. Nie ryzykowałam tym, ze jednak to nie on zapomniał tylko ja nie doczytałam.

- Na pewno mówi ci coś hasło „wojna husycka”, pogański słowniku.

- Jasne.- stweirdziąłm krótko. Nie miałam siły tłumaczyć mu, że kacerze, że Czesi, że herezja i stos Jana Husa w 1415. bo on wiedział.

- A słyszałaś może, że w roku 1429 - i tu mi zaimponował – husyci dotarli do Bolesławca? – oraz wzbudził ciekawość, utrzymując przy tym wiarę w człowieka i sens rozmów o pierwszej trzy i pięćdziesiąt sześć sekund w nocy.

- Teraz już tak. Nie przeszkadzaj sobie. – w dwóch oknach znikła niebieska poświata telewizora.

- Dokopałem się do źródeł. Gdzie, zapewne wiesz. Źródła te są jednak wiarygodne. Na początek legenda. Rzecz o pięknej córce burmistrza Bolesławca oddanej z bólem serca Czechom w zamian za odstąpienie od okupu i oblężenia. Białogłowa bardzo była zdesperowana, albo głupia, bo sama podłożyła głowę pod miecz.

- Jak?- parsknęłam z niedowierzaniem.

- Wmówiła wodzowi, że na maść przeciwko uderzeniom miecza. I wódz uwierzył. Palnął dziewczynę mieczem w kark, a ta, że tak sobie pozwolę stwierdzić, od razu straciła dla niego głowę. Wkurzony na swoją głupotę wódź opuścił wraz z wojskiem Bolesławiec.

- No, No – moje uznanie rosło każdym usłyszanym słowem - masz coś jeszcze?

- Wiecznie spragniona. – westchnął – mam. Po napadzie husytów postanowiono zbudować mury obronne.

- Fortyfikacje! – pisnęłam infantylnie.

- Ta. Wiem, że lubisz liczby czterocyfrowe zaczynające się od 14

- Jeśli tylko nie musze ich mnożyć.

- Więc w 1433 bolesłwianie pogłębili fosy, a w 1479 rozpoczęto obwarowanie. Teraz w megaskrócie: trzy bramy – Górna, dzisiejsza Sierpnia 80, Dolna to teraz zbieg Prusa i Świerczewskiego oraz Mikołajska - wylot Kutuzowa. Były zbudowane na planie prostokąta albo kwadratu i bogato zdobione. Koleżanko, - zapytał nagle – czy tobie się czasem nie marzy małe Narrenturm w naszym pięknym mieście?

- Wiesz skoro już o tym wspomniałeś, no nie miałabym nic przeciwko. To byłoby nawet ciekawe – stwierdziłam. Na dole zabłyszczały światła stopu jakiejś toyoty.

- To nie zapomnij o Grodźcu i Kliczkowie.

Grodziec! Jak ja kocham to mniejsce. Zgodziłoby się nawet. Po raz pierwszy wspominano o nim w bulli Hadriana IV w 1155, a drewniany gród zastąpiono murowanym za Henryka Brodatego.

- Pewnie wiesz, a jeśli nie, to ci powiem, mroczna księżniczko, że dzisiejszy wygląd twoja ukochana gotycka rezydencja zawdzięcza Fryderykowi I i II oraz paluszkom mistrzów z Wrocławia, Legnicy i Zgorzelca.

- Szkoda, że część murów wysadzono po wojnie 30-letniej. – też zabłysnęłam wiedzą, a co – Gruntownie przebudowano go 1900.

- Paczcie gotkę, jaka mądra gestia – zaśmiał się.

- Robię, co mogę. – zegarem nieuchronnie pokazywał godzinę pierwsza dziesięć i czterdzieści jeden sekund. – Dobra, przydałeś się. Dzięki z informacje. Bóg ci to w najbliższej przyszłości wynagrodzi poprzez moje ręce. Podsunąłeś mi pewien pomysł.

- Twórz, dzierlatko – pożegnał się radośnie.

Do pisania usiadłam od razu. Chwyciłam długopis i strzępki zeszytu, ale zanim postawiłam pierwsze litery, mój telefon ryknął znowu. „bay bay, maszkaro! ” – chyba nie zdążył się pożegnać z moim rozmówcą i nadrabiał.

Przyszedł SMS a w środku literki ułożone były tak ” Wiesz, że na tej twojej kamienicy jest zegar słoneczny?”.

Wiedziałam. Ale teraz już mało mnie to interesowało.


***(rzecz o księżniczkach, nie o sekatorze)

Spalmy anioły

Zarżnijmy księżniczki

Do kominka wrzućmy stare zwoje


Stwórz mi od nowa pojęcie o świecie

Zasiej każde ziarenko po zwęglonej trawie


Nie przeszkadza mi pistacjowe niebo

I kocham twoje dziwne rośliny

Tutaj trucizna nie zabija

I można wodę mieszać z mlekiem


Naucz mnie jeszcze swojego języka

Żebym mogła ci opowiedzieć jak to wszystko pamiętam


I zapomnę

Prawo do łez

uż więcej nie powie

Że tak musiało być

Bo nikt nie był winny


Sama sobie kitu wciskać nie będzie

Obiecywała

A z tego że płacze po nocach

Niech rozliczy ją Bóg


Potrzebuje tego

A ja nie mam jej za złe


Opanuj się

I wytrzyj w końcu ten nos

Pomyślałaś co będzie jeśli ktoś zobaczy

Skoro sama mówiłaś że nie warto

Schowaj teraz te czerwone oczy

I pokaż im że można inaczej


Wiem

Ale nikogo nie obchodzi że ty nie masz już siły




Znów o świecy

Świeca już zgasła

Wspomagana rzewnym płaczem


Liście opadły z drzew

Herbata choć czerwona ostygła

I jeszcze ten sąsiad z wiertarką


Świeca już zgasła

Nie chciała patrzeć

Jak wątła skurczone ciało

Moknie w kącie

I chociaż nie chce

Ma nadzieję na więcej

Pomyliłam \ zapomniałam

Proszę odszukaj mnie

W tym gąszczu wersów liter i pierdół


Ty jeden wiesz o co tu tak naprawdę chodzi

Bo przecież nie o głupią herbatę ciszę i krew

Ty wiesz


Anioł

Zanim spłonął w kominku

Jak herbata cisza i krew

Ostatnim spojrzeniem przypomniał mi

Przecież to już nie wróci


Kiedy chciałam go wyciągnąć

Rozsypał się w proch


Zapomniałaś

Znów

Zapomniałaś


Pustynia

rzed czym uciekasz

Nie masz już dokąd


Zdejmujesz oczy

I wyrywasz buty

Żeby piasek nie wpływał

I nie kłuł

Nie wiesz co jest z horyzontem


Na drzewie wykrzywionym

W przedśmiertnych konwulsjach

Przysiadł sęp

On wie co jest za horyzontem

A teraz czeka


Nie zdechniesz teraz

To zdechniesz za chwilę


Mylisz się myśląc

Że sprawisz mu tym różnicę

Nie miało być o tym

Nie znasz pewnie uczucia

Kiedy tęsknisz choć nie masz do czego

I pewnie nie zdarzyło ci się nie pamiętać


Dobrze wiem

Miało być o kwiatach

I ogólnie o tym jak jest zajebiście


W czarnym wazonie przy ścianie

Trzy czarne mieczyki

Dotykam płatków

A one się kruszą

Zdjęłam z nich biedronkę

I wyrwałam jej nóżki


Dobrze ci z tym?

Nie martw się

Była już martwa

A mogłaś wybrać truciznę

Nie palę

Nie piję

Nie biorę


Spokojnie

W niebiańskim sekretariacie

Znajdą mi inny

Może mniej spektakularny

Ale równie subtelny powód

Do zejścia


Soję przed bramą

Święty Piotr zajął się troskliwiej jakąś blondynką


Między zębami zmiażdżyłam przekleństwo


Widzisz a jednak warto było wtedy…


Wsiadłam do windy

I zjechałam niżej


W czerwonej recepcji

Pani z uśmiechem na twarzy spytała

Jak może mi pomóc





Zmiana

Po pierwsze primo

Przepisać wszystkie maski

Po drugie primo

Oddać książki do biblioteki

Po trzecie primo

Ściąć włosy


Przed tobą stoi już otworem

Brama do nowego życia

Efekt psuje tylko kundel

Sikający na jej fundamenty


Terasz już wiesz

Że włosy jednak mogłeś sobie darować

Allegro.pl

Pokonałam ból

Oddałam fiolet z mojej krwi

Na aukcję


Wygrał jeden z aniołów

Wysoki jasnowłosy z krzyżem na szyi

I błyskiem w oku


Ale umowę i tak musiałam, podpisać krwią

Mój Bóg

Nie dam sobie wmówić

Że jestem zła bo się urodziłam

Nie pozwolę się traktować jak głupie bydle

Zapędzane raz w roku do stajenki


Nie wierzę w herezję

Ofiary całopalne

I wszystkie inne amen


Mój Bóg

Nie traktuje mnie jak bankomatu

Nie opłacam jego ludzi

I mogę kochać jak chcę


Tylko w jednym zgada się z

Czarnymi biznesmenami

Nie zabijaj

Nie cudzołóż

I jeszcze ta wzmianka o bliźnich


Wino z krwią

Byłeś

A teraz cię nie ma

Już się pogodziłam

Wzruszyłam ramionami

Powiedziałam że nie nienawidzę

I jest dobrze


Kieliszek topi się w moich dłoniach

A krople szkła mieszają wino

Do czerwieni z którą smakuje najlepiej


Mojego numeru nie ma w książce telefonicznej

Nie podaję obcym adresu

I drzwi związałam łańcuchami


Przecież nie boję się że wrócisz

Nadgarstki

Moja wiara kończy się tam

O widzisz już jej kawałki

Spadają w dół

Skończyły mi się metafory

Skończyły słowa nadziei

Szeptane komukolwiek


Siedzę na brzegu nawet nie rzeki

I dłońmi przygładzam kręgi na wodzie

Wierzba płacze


Po nadgarstki w przeszłości

Już nie proszę i nie modlę się

Pilnuję żeby nie wpaść


Myślisz ze się uśmiecham bo jestem szczęśliwa


Czasem

Rewolucja

To nie prawda słyszysz

Nie prawda że wszystko się zmieni

Pieprzeni rewolucjoniści

Plakaty okrzyki i skandy

Pieprzony duch zmiany tego co dobre


Mam w głębokim domyśle

Że wypada

Że należy

Bo inni


Zamknę wszystko w schowku na miotły

I będę walić po łbach

To co zechce wyjść


Biblioteka sprofanowana do hipermarketu

Już nie czytam lecz kupuję

Przez chwilę przed oczami miałam

Płonącą Kartaginę

Niedługo Boga kupisz instant

Bez konserwantów

***(kiedy spotkam twoje dłonie...)

Kiedy spotkam twoje dłonie w ciemności

Będę wiedziała

Nie patrzę w oczy

Ale czuję ciepło

Nie szkodzi


Wiesz że zapachem świecy można przesiąknąć

Jak czerwonym winem z krwią

I chłodem metalu


Przeniknięta twoim oddechem

Zamykam oczy

Nie budź mnie rano

Kiedy będziesz wychodził

Anioł śmierci

I zobaczyłem Anioła

Stanęła przede mną cała w czerni

I tylko skrzydła zostawiła za drzwiami

Skąd wiedziałem że jest Aniołem

Skóra na jej brzuchu była delikatna i blada

Przyszłaś po mnie?

Kiwnęła głową wyciągając miecz

Dziwne

Zawsze myślałem że śmierć

Całuje na pożegnanie

Późno w nocy

Siedzę nad kartką

A sufit nade mną


Otwieram szeroko oczy

Żeby nie zasnąć


Świecy już się znudziło

I zgasła


Boże

Jak ja nie cierpię kawy


Moja czerń

Nawet moją ciemność

Rozjaśnia czasem promień nadziei

Choć przez kurz i pajęczyny

Nie do końca widoczny i jasny


Niekiedy też i mój smutek

Dotyka jasna dłoń

Lekka prawie jak mgła


Pytasz zatem skąd ta czerń

Przecież wiesz

Że tak jest mi ciepło

Zegar

Ciemno

Cisza dzwoni

Chłodne łóżko okna brak

Miejsce z którego nie widać nieba

Już nawet nie da się otulić herbatą

Bo nie trzeba


Zegar cofa się i wraca

Tak tik tak tik


Lubię

Pojedyncze blaski świec

A z nich woń suszonych liści

Miejsce z którego czuć wilgotny deszcz

Sama w swoim własnym świecie

Bo nie muszę


Zegar znów ruszył obraca wskazówki

Tik tak tik tak


Zdjęłam go ze ściany

I cisnęłam za okno


Kawa z mlekiem

Deszcz kołysze kropelki mgły

Zawieszone w powietrzu

Ktoś po niebie rozlał kubek

Kawy z mlekiem


Spierają się z motyli

Wszystkie barwy

I już ćmy

Choć to nie wieczór

Unoszą się w powietrzu


I nawet gdybym herbatą

Zaczęła podlewać

Nie wrócą


Wiatr przegląda się w kałużach

Rozpuszczając blade skrzydła


Mgła z cynamonem

Najdrobniejszy podmuch wiatru

Otula liście drzew


W uścisku spadają

Tak bezbronne

W obliczu mrozu


Konary pozbawione palców

Ust i oczu

Na wyczucie szukają ciepła mgły


Przenika przeze mnie

Wypełnia bielą

Delikatną wonią

Mleka z cynamonem


Wyszłam z domu i wylałam je pod stary kasztanowiec

Kora zaskrzypiała

- To Ty, mgło?

- Tak – odpowiedziałam cicho


Bezgłos

Wlewaj w moje gardło

Ciężkie krople dźwięków


Nie to co chcesz usłyszeć

Lecz to co zechcę powiedzieć

Przedziera się przez ptaki myśli

Płoche


Bezgłos powie więcej niż ja


Ocieram łzę z kamiennej twarzy


Pieśń Mojej Opowieści

Szelestem rannej zorzy

Która krwawi promieniem

Na pięciolinię horyzontu

Nieprostolinijnego


Szelestem zranionej zorzy

Ukoję pustkę po twoich Pieśniach


Przypomnę sobie

Każdy dźwięk z gamy

Ranną zorzą

Nut płomieniami

Wypalę ostatnie dźwięki tej sonaty


Brzmi to trochę inaczej

Bo to Moja Opowieść






Przedpolodowcowe

Z jaskini czasu

Zwisają sople

Prawdy


W podłodze miejsce

Na jezioro

Przedpolodowcowe


Schronienie na potop

Myśli serca wygłuszone


Stalaktyty gwiezdnej drogi

Topią się jak kostki lodu


Przyprowadź mnie tu

Kiedy już będzie ciemno


Z oddali słychać

Huki kropel

Gwiazda Ono

Raz na trzysta lat

Wschodzi gwiazda

Jasna i biała

Przez konstelację Oriona

Wstaje boskie piękne Ono


Trzy duże płomienie

Rozdarły niebo


To nie piorun


Ono

Przychodzi by nas

Zbawić


Ogniem

Mieczem

I ogniem

Mapa

Białego konia

Srebrzystozłotą grzywą
dogania wiatr

Podkowy platynowe

Chłodzi żółty piach


Falą ogona muska morskie fale

W którą stroną biegnie


Biegnie

Na drugą stronę mapy

Flota

Na klifach wybrzeża

Dwie wrogie floty

Pod pole walki

Skoszono wszystkie drzewa

Świętych gajów


Tak floty wycięłyby się w pień

Gdyby nie rozstąpiła się ziemia


Na klifach wybrzeża

Niedrogie floty

Dziewczyna

Kamień

I fala

W języku Neferi

Mam

Byłam

Widzę

Na forum krótki napis


Językiem stworzonym

Do napisania tej historii

Pokrywam gliniane płytki

Tylko kilka błędów

Fonetycznych


Nie mam

Byłabym

Widziałam


Po korze dębowej

Wędrują małe żuczki

***

Dziwi cię śmierć

Dlaczego

Każdej nocy umierałam

A rankiem czerwień liści rodziła mnie na nowo


Trzymaj ją mocno

Żeby ci nie uciekła

Uśmiecha się kiedy patrzysz na jej usta


Wąską ścieżką

Osnutą przez liście

Prowadzisz ręka w rękę

Lubisz cienie na jej włosach

I stukot obcasów bruk


Dalej dziwi cię śmierć

Dlaczego

Pocałuj jeszcze raz


To ja

A to czerwień liści

Park

W zasikanym parku

Przy oparach alkoholu

Dwie dalej

Siedzi twoja nadzieja


Na jednej desce okaleczonej ławki

Czeka spokojnie aż podejdziesz


Widzisz niebo

Widzisz te drzewa

Szczęście spaceruje przed tobą

W tą i z powrotem


Daj nadziei słowo

Daj chociaż cień szansy

Możesz wiedzieć że śmierć jest piękna

Ona też wie

Daj jej rękę

I oprowadź po parku


Jesień


Nie

Liście się pospieszyły


Wiosna

Wiersz na zamówienie

Mleczne niebo spogląda przez liście

Ławka w parku

Przy parze gołębi

Dam dotknąć się tej magii


Poczuj jak bije moje serce

W skrawku lasu wydartemu

Betonowej puszczy


Tak bardzo chcę być niczyja

Przy krzewach niskopiennych

Liczyć błędy


Byłeś

Tak krótko że tylko nauczyłeś mnie umierać

Kiedy tak siedzę

Trawie na kolanach

Chcę tak konać na nowo

Proszę

Wbij mi jeszcze jeden sztylet

Tylko teraz patrz mi w oczy


Metro

Metro


Jak się spada w dół

To nie chwyta się poręczy

Tak jak wznosząc się w górę

Nie opiera stóp o drabinę


Szybka winda do nieba

Przez wszystkie dwa piętra

I piekielne Metro West

Coraz niżej i niżej


W ostatnim z przedziałów

Zasyfionym jak dworzec wrocławski

Trzy krzesła na osiem miejsc siedzących

Szyba brudna

Dobrze

Nie widać tych paskudnych chmur

Stukają koła

Na szyny co chwilę ktoś podkłada głowę

Czego nie zrobisz żeby się tu znaleźć


Czekam

Pusto


Czarna Dalia

Widzisz te drzewa?

Za lasem w prawo.

Jeszcze ta ścieżka przez pole,

Wzdłuż łanów.

Jeszcze trochę


Czarna Dalio!

Poczekaj. Zachowaj swe płatki

Jak w miodzie.

Tak łatwo stracić człowieka.

Dalio, słodka Dalio

Poczekaj…


Wietrze, wiej wiej

W jej delikatną twarz.

Ukołysz zanim nadejdzie ten,

Który zgubił się wśród łanów.

Jeszcze trochę.


Ochra

Ochra


Czemu ciągle obce miejsca

I takie wirtualne-smutne

Maluję ściany paloną ochrą

Żeby pachniały jak pod starym drzewem

Wykładam się od środka

Soczystym deszczem

Wodo-dźwiękoszczelna


Ochra to nie kolor na obrazy

Jak gama szarości Payn`a

I czarnoperłowy


Zatapiam pędzel szczęścia w słoiku z wodą

I pustym pociągam po płótnie


Widzisz

Tak maluję tylko wodne smugi

To nie miało być okno po deszczu

Widzisz tak powstają tylko blade płatki

Kiedy niepewność przecina powietrze

Jesień z odzysku

Spójrz

Za pięć minut

Spadną śniegi na Dunaj

Już

Mróz zacznie szczypać pod powiekami

Co piękniejszym dziewczętom różowić policzki

Sopelkami lodu-pocałunkami


I nie w rikszach

Lecz tramwajem pani Jesień wozi futro

W reklamówce porwanej

Nie patrzy po twarzach

Nie ziębi spojrzeniem


Jesień na pół etatu

Co żebrze o okruszynę lodu

Jest tu całkiem przypadkowo

Ze zrzędzenia losu


Casting na wiosnę wygrała bogata modelka


Przecież ona nie będzie moknąć

I tarzać się w błocie

Wyciągać liści z rynsztoku

I kochać się z wiatrem po dachach

Pnącza

Mogę ubrać tak piękne słowa

Jak pnącza oplata mnie całą

Najdrobniej się każda z gałązek zaciska

Otula dokładnie i ogrzewa ciało


Te piękne których nie mogłam odnaleźć

Spadają teraz na podłogę szeptem

Odlepia się każda litera z sukni

Niebo dotyka nieśmiertelnym deszczem


Tak szczelnie i ciasno w wilgocią w powietrzu

Nie słyszę a czuję nie widzę dotykam

W kolorze sepii staroświecka wartość

Skulona otuchą wciąż idę potykam

Ciemne jasne szare i brąz powoju


Ostatnie krople z sufitu nieba gładzi palcami

Wyciągając bezsilnie do góry dłonie

Nie proszę nie modlę nawet

Pnącza krępują palce gaszą płomień

Nie strawił zakwitły nad moją skronią

Gramatyka

Pierwsza osoba

Liczby pojedynczej

Rodzaj nijaki

Czas teraźniejszy wschodnioeuropejski


Tryb rozkazywany

Stan

Bardzo ciężki dokonany niestabilny

Strona

Ostatnia niedopisana bierna

Niepotrzebne skreślić


Teraz odmień słowo ja przez my

Nie ma takiego numeru

Nie ma takiego numeru


„Antygona” – recenzja książki

„Och! jaka to ja biedna!” – czyli „Antygona” Sofoklesa.

Żyjemy w czasach literatury nowoczesnej. Książka musi być ciekawa, z polotem, nie pachnąca stęchlizną, nie zalatująca przesadną starością. Dzieła z wcześniejszych epok muszą mieć siłę przebicia, by utrzymać się „na topie”. Po przeczytaniu „Antygony” Sofoklesa (której nawet przeglądanie przychodziło mi z naprawdę ogromnym trudem) zaczęłam się zastanawiać, czy cokolwiek z powyższych wymagań zostanie przez tą książkę spełnione. Po chwili myślenia już wiedziałam – gdyby nie fakt, że to lektura – nawet nie przeczytałabym przedmowy. To książka nie dla mnie, jest nudna.

Z „Antygoną” zetknęłam się w szkole – jest lekturą obowiązkową. Opowiada o dziewczynie, która była tak strasznie oddana swoim zasadom, że w pierwszej części utworu chce pogrzebać swojego brata – no i cóż, tak też robi, wplątując się w niemałe zamieszanie. Cały problem polega na tym, że złamała zakaz Kreona. I zaraz mamy walkę praw boskich z ludzkimi, miłości z zasadami... i takie tam. Mnóstwo hałasu, bo Edypowa córka miała za duże ambicje. Ale to jeszcze można znieść, w końcu mamy jakieś przemyślenia życiowe, które ostatecznie coś wnoszą. Męczarnia zaczyna się wtedy, kiedy panienka „Och-Ja-Biedna” zaczyna się nad sobą użalać. Katorga!

W dramacie mamy wiele tragicznych postaci. Ot, choćby Kreon, który wychodzi na złego władcę, a potem umiera mu żona; czy Hajmon, zabijający się z miłości, niczym w piosence Michała Wiśniewskiego („Chodź, pokażę ci czym moja miłość jest, dla ciebie zabiję się...”). Niektóre wątki są dość oryginalne, ale moim skromnym zdaniem- efekt psuje nadmierne umartwianie się. Czy żaden z bohaterów Sofoklesa nie widzi, jakie życie jest piękne?!

Utwór przedstawiony jest do wystawienia na scenę. Nawet nie chcę wiedzieć, jak znudziłoby mnie przedstawienie. Otóż faktem jest, że „Antygona” pisana jest męczącym stylem, nie dla każdego. Mamy tu mnóstwo archaicznych wyrazów, przemówień pełnych żalu, czy wyznań miłości. Przepraszam, że spytam, ale... ile można?!

Książka jest naprawdę nie dla uczniów, którzy mają coś konkretnego do roboty. Po prostu jestem z siebie dumna, że przez nią przebrnęłam.

Kończąc, nie polecę wam tej książki, zresztą – po co? Przecież to lektura, tak i tak jest obowiązkowa. Sama w sobie nie jest aż taka zła.. No dobra, jest, przyznam się, że tym jednym zdaniem chciałam się podlizać pani od polskiego. Ale nie w tym rzecz – Sofokles pokazał nam w tym dramacie ważne prawdy życiowe, poważny i sensowny konflikt, żeby jeszcze to wszystko ujął inaczej, napisał innym stylem...

Wtedy byłoby świetnie. Jak na razie – nie jest.

29 listopada 2007

Nasze Miejsca - Marta

Czy ktoś z was wspomina czasem podwórko szkolne? Naturalnie! Wielki, usypany żwirem teren, mieszczący zarazem boisko do koszykówki, piłki nożnej oraz podobny do kwadratu niewielki plac kojarzący się z zabawą w dwa ognie. Do tego dochodzą lekcje wf-u, wszelkiego rodzaju apele i przerwy w lekcjach. Jednym słowem dużo świeżego powietrza i trochę wspomnień z czasów szkolnych.

Była nas czwórka. Trzy brunetki i jedna blond. W szóstej klasie, w cieplejsze dni, zaczęłyśmy spędzać tam przerwy. Nasze małe, tylnie podwórko szkolne. Ktoś tam czasem zamiatał tylko dlatego, że była tam bieżnia do skoków w dal nigdy nie zagrabionym piaskiem oraz porozrywaną, gumową nawierzchnią do rozbiegu. Tuż obok zielonej, metalowej bramy wjazdowej stał duży kontener na śmieci z naszej szkoły. Brama stanowiła niewielką część ogrodzenia. Naprzeciwko tylniego wyjścia z budynku, stały pozostałości murów obronnych z kamiennymi schodkami, których stopnie były nierówno ułożone. Po obydwu stronach schodów były kamienne, jakby barczyste poręcze trzymające całą konstrukcję i dodające jej wyniosłego uroku. Było to wprost idealne miejsce do robienia zdjęć klasowych. Z drugiej strony fortecy stały wysokie i rozłożyste kasztany. Niektórzy uczniowie wdrapywali się na drzewa by się dostać na grzbiet muru i tam podziwiając niedaleki park, konsumowali drugie śniadanie. Kolejną "atrakcją" podwórza był nieduży klomb. Miał on kształt koła z dziecięcych zeszytów - koła zdeformowanego. Do jego krawężników przylegał nieuporządkowany mech. Na klombie rosły przeróżne trawy oraz kilka krzaczków z przerzedzonymi konarami cienkich gałązek. Wszystko stanowiło kakofoniczny busz zasłaniający budynek sali gimnastycznej.

Taki zestaw pamiętam z moich szkolnych perypetii koleżeńskich. Zdarza się, że przechodzę obok tego miejsca i na nie zerkam z sentymentem. Jedno wiem. Gdyby rozwalili fortece ze schodkami, rozebrali bieżnie lub zlikwidowali zdeformowany klomb, to by było już inne miejsce i na pewno żal by mi było ....


28 listopada 2007

Nasze miejsca - Wiktor

Między pogodnie szumiącymi drzewami wije się wąziutka ścieżka. Omija pagórek, biegnie wzdłuż kamiennego murka a potem znika, by dołączyć do asfaltowej drogi, stracić swa tajemniczość. Jednak nie myślmy o nowoczesnej ulicy, pełnej ludzi i samochodów. Chodźmy tą ścieżką.
Przechodzień, który chce jedynie sobie skrócić drogę do miasta, zobaczy tylko chowającą się za drzewami plebanię, wdeptane w miękką ziemię szkło rozbitych butelek i widoczne znad murka dachy domów.
My nie idziemy do miasta, tylko na cmentarz. I już tu jesteśmy. Na Starym Cmentarzu Za Plebanią.
Na sięgającym nam do ramion murku zobaczymy wykute w piaskowcu płyty, na których staroniemieckim, gotyckim pismem wyryto imiona i nazwiska zmarłych. Niektóre wyrazy są już bardzo niewraźne, inne - całkiem zatarte. Tutaj kiedyś była podobizna zmarłego, a tutaj epitafium. Ci ludzie odeszli. Później ich ukochani i ukochane przychodzili, aby powspominać, a wszystkie ich myśli miały jedno imię - Pamiętam. Potem również oni zniknęli, a teraz przechodnie depczą ich nagrobki.
Tak, są tu jeszcze inne groby. Między drzewami widać dawne nagrobki, teraz zniszczone i poprzewracane. Spod pękniętej kamiennej płyty wyrasta bluszcz. Czy zmarła kochała to drzewo? Czy wiedziała, że tutaj ją pochowają?
A może kiedyś żyła w tym mieście pełna smutku dziewczyna. Nie była piękna ani brzydka. Niczym się nie wyróżniała. Przypadkowy mężczyzna zobaczył, jak siedzi na ławce i płacze. Usiadł koło niej i spytał, co się stało, ale nic nie powiedziała. Przytuliła się do niego i umarła. Był na jej pogrzebie, a potem wyruszył w świat. Spotkał wielu ludzi i wiele przeżył. Aż w końcu poczuł, że jego życie się kończy. Wrócił do swojego miasta, ale nikt tam już o nim nie pamiętał. Poszedł na cmentarz i znalazł grób nieznajomej dziewczyny. Nie było tam żadnego kwiata ani świecy, tylko pożółkłe liście. Stary człowiek zasadził bluszcz. Wkrótce umarł. Po latach i o jego grobie zapomniano. W małym klombiku, który postawiła jego daleka krewna, znalazło się ziarenko klonu. Wiele lat minęło, aż wyrosło coś przypominającego młode drzewko. Ktoś powiedział, że będzie tutaj ładnie pasowało i nie usunięto go. Wyrosło na okazały klon, którego pień oplotły zwoje bluszczu z grobu nieznajomej. Smutna dziewczyna wciąż tuli tego samego mężczyznę.
Ale tak pewnie nie było. Żyli normalnie, umarli ze starości, ich bliscy płakali i sami umarli. I tak dalej. Groby znikają w ziemi.
Nikogo tutaj już się nie chowa. Nikt o tym miejscu nie pamięta. Nocą zjawiają się tutaj pijacy i pseudosataniści. Smutna dziewczyna wciąż tuli nieznanego sobie mężczyznę.


Ps. Naprawdę nie jestem pewien, jak odmienić słowo murek... :D

15 listopada 2007

siedzą za mną

siedzą za mną
i są szczęśliwi
tylko z wierzchu
zawsze coś

ty jesteś daleko
nawet nie wiem
czy naprawdę
ściskam twoją dłoń
znam tylko ją
reszta nieważna

twoja ręka
staje się zimna i bezwładna
ale to niczego nie zmienia