9 czerwca 2008
5 grudnia 2007
Listopadowe wspomnienia
Pytałam Boga, dlaczego? Mówiłam, że nie zgadzam się z jego decyzjami... Chyba obchodziło go to co mówię, bo słuchał... i milczał. Płakałam i krzyczałam, choć wiedziałam, że na mnie patrzy. Chciałam by widział. Demonstracyjnie nie mogłam złapać tchu udając, że się duszę, ach... jak bardzo chciałam skonać na Jego oczach. Poszłam na cmentarz , jak co roku 1-go listopada, jak zawsze w te same chłod
ne, jesienne popołudnie, oczarowana zapachem topiącego się wosku, niezmiennie od paru lat z zielonym lizakiem w dłoni i reklamówką pełną kryształowych pojemników, miedzianych zakrętek i fikuśnych wzorów. Wiedziałam, że mogę napełnić je wszystkie światłością, czułam się dumna i elegancka. Przekroczyłam bramę cmentarną, a blask miliona światełek skierował się wprost na mnie, wszystko migotało w ciemności, jakby żyło... Jakby one żyły, te wszystkie światełka... Każde z nich to osobna historia, a czasem nawet dwie. Jedna to historia przynoszącego, ktoś przychodził, w jakimś celu, czasem znikąd, a czasem nawet z bliska, dawał światło, rzucał cień, często jakieś tam słowa, może ważne, może nie... i odchodził. Zdarzało się tak, że dawca nie miał historii... wtedy płomień był mały i szybko gasł, bo dawca nie poświęcił mu odpowiednio dużo czasu. Druga historia to opowieść znicza o osobie, której został podarowany. Tutaj płomień nie wybierał... dla każdego starał się palić jednakowo, więc wszystko zależało od ofiarodawcy... Patrzyłam na tę piękną całość, poniekąd odbijającą wnętrze ludzkości i czułam, że i ja gdzieś w tym jestem, wśród tysięcy innych podążam drogą wyznaczoną przez Pana. Szłam ,,Aleją Zasłużonych”, co to za nazwa? Co roku przyglądałam się pomnikom: generałowie, inżynierowie, powstańcy, lotnicy, doktorzy, bohaterowie i wielu innych. Z roku na rok zaczynałam wątpić, że należy im się coś więcej niż reszcie, szarej i bez wyrazu na tle ,,zasłużonych”. Czy po śmierci wszyscy nie powinni być równi? Bez wyrazu, szarzy, jednokolorowi albo wielobarwni, jak kto woli, a jednak równi. Czyż nie powinno tak być? Nie wiedziałam... Nadal nie wiem. Tłumy ocierały się o mnie, jakaś kobieta tak napierała, że w końcu zderzyła się ze mną, a jej torebka wylądowała wprost pod moimi nogami. Podniosłam i podałam jej:- Dziękuję kochana, tak bardzo się spieszę, przepraszam – powiedziała, a jej oczy zabłysły.
- Ale dokąd? – zapytałam , choć nie byłam pewna czy chcę usłyszeć odpowiedź
- Mam spotkanie – nie chciałam tego wiedzieć...
- Ale w święto?
- Czas to pieniądz, moje dziecko – znikła pośród czarnych płaszczy i wełnianych czapek. Czas to pieniądz, no tak, każda minuta kosztuje. O ile więcej zapłaciłaby ta kobieta, gdyby tak nie biegła? Nie liczyłam tego, ale ja na pewno zapłaciłabym dużo. Za tę atmosferę oddałabym wszystko, na jeden dzień czeka się cały rok, czasem na jedyne spotkanie z bliskimi, których już nie ma... Nikt nie wie co się z nimi stało, a mimo to wielu wierzy, że naprawdę ich odwiedza. Jaki niesamowity rytuał odprawiany jest co roku, tłumy idą na spotkanie, jeden jedyny raz w tych okolicznościach. Pierwsza osoba oświeca drogę, a później jest już coraz jaśniej i głośniej, niesamowita jedność tworzy się i układa jak aksamit, cała ta otoczka pobudza jak dobra kawa. Złote liście lecą na pomniki, wiatr wywiewa całą śmierć, tylko raz do roku nie ma tu jej zapachu, odchodzi by żywi nie przestraszyli się zbytnio. Stanęłam nad grobem dziadka i nie widziałam kwiatów, ani zniczy, widziałam serca poukładane jedno obok drugiego, jak jedna armia gotowa do boju, tak wiele serc, że czasem nie było miejsca na moje. Wtedy kładłam je nieco niżej, lubię jak tak leży, bo wiem, że mogąc tu być, jest szczęśliwe. Usiadłam na drewnianej ławce, która na cmentarzu jest inna niż w parku czy na rynku. Ona pamięta wysiedziane godziny płaczu, setki opowiadań, skarg i próśb, kocha dawać spoczynek, o którym ktoś nigdy nie zapomina. Brązowa ławka pokryta farbą wspomnień, tyle widziała, wiele trosk dzieliła, setki gości przyjmowała, a wszyscy dla tego jednego przybywali, dla niego ta ławka... zmówiłam krótką modlitwę, która w tym miejscu nie jest tylko słowem rzuconym na wiatr, zobowiązuje nas do pamięci, co roku składamy tę samą obietnicę, że będziemy przychodzić i wspominać. Drzewa i ziemia – oto świadkowie, od lat tkwiący w tym samym miejscu, wśród mogił, wciągający zapach dymu i ludzi. To właśnie drzewa specjalnie na ten dzień oddały nam wszystko co miały i szumią teraz pustką swoich gałęzi, szepcą ze zmarłymi. Wracałam, a w oczy znów wbił mi się napis: żył lat 2. Te srebrne, wygrawerowane krętym kształtem litery nie dawały mi spokoju od dawna. Coroczne deja vu. Chyba właśnie z tego powodu krzyczałam: dlaczego?! Znałam doskonale tę historię i mogłam pytać... Często zastanawiałam się co by było gdyby na płytach nagrobnych napisane było: ‘’pedofil’’ albo ‘’morderca skazany przez ludzkość na wieczne potępienie”, jakaś wielka rewolucja plątała się po mojej głowie, wcale nie chciałam tego, bo przecież wiedziałam, że po śmierci wszyscy są szarzy albo jacy tam sobie chcecie. Moje listopadowe wizyty na cmentarzu napawały mnie takimi myślami, a tysiące pytań nawiedzało jak koszmary. Na żadne z nich nie umiałam odpowiedzieć, ale uwierzyłam, że Bóg odpowie kiedy przyjdzie czas... Tylko czy zdołam je wszystkie zapamiętać? Każda chwila spędzona na tym cmentarzu, to czas refleksji na jaką nigdy nie pokusiłabym się na co dzień, w innym miejscu. Każdy kamień na tych ścieżkach, to jakaś mniejsza lub większa tajemnica, zagadka zadana ludziom, po to, żeby rozwiązywali ją właśnie wtedy 1 i 2- go listopada każdego roku. Niepewnie stąpałam po tych dróżkach by nie zdeptać jakiejś ważnej części. Jak inni uczyniłam znak krzyża przechodząc koło kaplicy i zeszłam kamiennymi schodkami, odwróciłam wzrok od ,,zasłużonych”, bo nie chciałam kolejny raz analizować ich sprawy. Z obu stron zalewały mnie migoczące fale, a wśród nich małe, ruchome figurki, wciąż było ich dużo. Niektóre z nich wyrzucały to co wcześniej przyniosły, do zielonego kontenera trafiały kawałki zużytych historii, a wszystko po to, by mieć po co wracać tu za rok.
Po raz ostatni stanęłam w bramie, obróciłam się do nich wszystkich i starałam się ogarnąć ten obraz. To prawda – zostałam wciągnięta w magię tego miejsca i szczerze powiem, że lubię je. Zerknęłam jeszcze na tablicę ogłoszeń, zrobiłam to trochę sztucznie i machinalnie, umarło kilka osób... tak jak zawsze, może to nic nadzwyczajnego? Jeszcze raz wystawiłam twarz na spotkanie ze światłami, zmrużyłam oczy i wyszłam, potykałam się, bardzo często o ten sam, betonowy krawężnik. Tutaj na ulicy wszystko było inne, dopóty słychać odgłos obijającego się szkła, dopóki czuć magię, a później wszystko znika. Ponownie może odrodzić się tylko w jednym miejscu i jednym czasie. Trzeba teraz czekać, aż ponownie ogarnie nas aura świeczek, wzorów, kwiatów, pomników, płaszczy i kapeluszy.
Etykiety: Nasze projekty, Paulina Kowalczyk, proza
30 listopada 2007
Recenzja parku Waryńskiego
Zastanawiam się, dlaczego jesień tylko jest taka kolorowa i piękna.
Wiosna, zgoda, wszystko pachnie, żyje i kwitnie. Latają malutkie pszczółki i motylki. Można w końcu rzucić wielgachną puchową kurtkę na samo dno szafy. Uff… od razu lepiej. Z dogrzewanych pokoi wypełzają zakochani, odurzeni słodkim zapachem żywicy.
Lato. Dajcie spokój, mam ochotę krzyknąć. No pewnie, że jest kolorowo. Wszędzie barwa szmaragdów, turkusa. Mieni się seledyn dojrzałej ropuchy i oliwkowy odcień niedojrzałych jabłek. Nawet niebo przybiera kolor morskobłekitny tyle, że przybrudzony. Zielono. Tak bardzo zielono, że prawie UFO.
O zimie nie wspominam. Nie dość, że kurtka to jeszcze mrozy. Zakochani znów, zamiast płoszyć gołębie infantylnym krzykiem, siedzą przed telewizorami. Biało, tak okrutnie biało. A potem już nawet nie biało. Potem jest brudnobiało i paskudnie błotnie.
Tylko jesień jest tak kolorowa. Nie wierzysz? Przyjdź jesienią i usiądź na jednej z ławek w parku Waryńskiego. Przytulnie prawda. No ja wiem, że nie jest to las, pełen różnych ciekawych rzeczy, w tym grzybów szyszek i gałęzi, o które można złamać nogę, ale zawsze jakiś zalążek ekosystemu. Przejdźmy teraz to tego estetycznego aspektu parku. Pewnie, że mogłabym napisać o woni taniego wina, przysłaniającego zapach liści, ale po co?
Park ten jest miejscem wysoce kulturalnym od godziny piętnastej do godziny osiemnastej w sezonie, czyli od połowy sierpnia do końca października. Starsi ludzie oblegają ławki grupowo i czasem można posłuchać, jak to chleb podrożał czy renta za niska. Można nauczyć się wiele. Jak wiadomo najlepsze scenariusze pisze życie, a ci ludzie, gdyby tylko chcieli je spisać, pobili by na głowę, ba, na dwie nawet, wszystkie brazylijskie i wrocławskie seriale. Dobrze, że starsi ludzie też potrafią docenić piękno i kolory jesieni. I to na pewno nie ostatniej w ich życiu.
Dość kontrastowym zjawiskiem dla wyżej wymienionych są małe dzieci. Czy widział ktoś, jak grupka sześciolatków próbuje kijami strącać kasztany z drzewa? Ja widziałam. Uroczy i pouczający widok. Choć, przyznam, obserwacje takie są dość niebezpieczne. Kije latają wysoko. Są jeszcze dzieci, które nie ganiają za sobą z prozaicznego powodu – biegać jeszcze nie umieją. Ale za to drą się jak te sześcioletnie.
Ruchliwą drogę oddzielającą park od grupki domów wynagradza spokojna uliczka po drugiej stronie skweru, a zapach liści przysłania lekko spalinowy odór. Obok jest nawet cukiernia i kiedy jest się złym albo smutnym duże ciastko z olbrzymią porcją kremu jest w stanie humor nam zwrócić.
Chciałam opisać historię parku, albo jakieś ważne wydarzenie, które tam miało miejsce. Niestety. Nie dotarłam do informacji z prostej przyczyny – przyznaję się, że dużo bardziej wolałam siedzieć właśnie w parku i pisać, czytać lub po prostu myśleć niż tonąć w wielkich historycznych dziełach literackich. Mogę jednak ten fakt załagodzić pisząc, ze nie ja jedyna. Kiedy się rozejrzałam, moim oczom ukazały się inne osoby, siedzące, jak by się wydawało, bez celu i przyczyny. Ale to tylko pozory.
Bo drogie panie i drodzy panowie, każdy z nich robił jakąś monumentalnie ważną rzecz. Widziałam poetów, skrobiących się długopisem po czole. Z ich oczu spoglądała w czystej postaci metafora. Siedzieli również artyści – plastycy. Poznałam po ołówkach miękkich prawie jak proszek, kopie kredek w dłoniach i gumce leżącej obok. Są też prozaicy. Oni co jakiś czas wpatrują się w jeden punkt, dając odpocząć dłoni, od potoku słów lejącego się prosto na kartkę.
Park Waryńskiego przyciąga wszystkich. Jest tam dość cicho – w porównaniu z innymi parkami w Bolesławcu – jasno i zaryzykuję stwierdzenie - przytulnie. Liście pachną tak cudownie i szeleszczą pod nogami. Kiedy będziesz przechodził jedną ze ścieżek, spiesząc się na jakieś bardzo ważne spotkanie, do pracy albo w jakieś inne miejsce do którego można się spieszyć, zwolnij na chwilę i popatrz na kogoś, kto siedzi spokojnie i tworzy. Nie miałbyś też czasem ochoty? Nie bój się pisać malować lub uprawiać innej, równie pięknej dyscypliny artystycznej. Każdy się spieszy. Ale gdybyś tylko znalazł chwilę i usiadł na jednej z ławek to coś przyjdzie do ciecie samo. Nie będziesz czekać długo.
A więc zapraszam. Zwalniam właśnie jedną w moich ulubionych ławek, naprzeciwko placu zabaw. Chętnie podzielę się jej mocą z innymi. Jaką mocą, pewnie ktoś zaraz zapyta. Nie odpowiem, każdy ma a przynajmniej powinien mieć wyobraźnie. Wymyśl moc, którą ławka może cię obdarzyć, a gwarantuję, że jeśli tylko uwierzysz, spisze się lepiej niż czarodziejska lampa czy dywan. Ale od ciebie tylko zależy, czy dasz taj magii klucz do swojej głowy. Usiądź. To nic nie kosztuje.
Może kiedyś się spotkamy na jednej z ławek? Uśmiechnij się wtedy, żebym wiedziała.
Etykiety: Katarzyna Jewtuch, Nasze projekty
Chwilowo bez tytułu
Ulica Asnyka tętniła życiem. Trochę niżej, po drodze przemykały samochody, a na chodniku, wzdłuż sklepów, mijali się ludzie.
Popołudnie nie zachwycało słonecznym ciepłem, na niebie kłębiły się ciężkie chmury. Za chwilę albo z dwie zacznie padać.
Z kwiaciarni na rogu wyszedł młody chłopak. W dłoni trzymał bukiet czerwonych róż.
- Po co te róże?
- Idziesz do cioci na imieniny.
- Ależ ty tandetna jesteś, o matko.
Park Waryńskiego. Ławka. Jesienne popołudnie. Ja.
- Dlaczego? – zapytałam poprawiając czarną czapkę.
- Czerwone róże. I to jeszcze bukiet. To już było miliony razy. A z tą ciocią żartowałaś, prawda?
- A co chciałbyś nieść? Słonia?
Z drzew staczały się na dół żółte liście. Nie było zimno, ale wiatr trochę ciął po twarzy.
- Coś mniej pretensjonalnego. – oświadczył.
- Ach tak? Słucham propozycji.
Umilkłam na chwilę. Przede mną przeszła wolno kobieta, popychając wózek z dzieckiem. O dziwo nie wrzeszczało. Udawałam, ze piszę.
- No na przykład, chociażby tanie wino w plecaku, albo pistolet.
Tym to mnie powalił. Stworzyłam potwora?!
- To jest porządne opowiadanie. Wino w plecaku, zgoda możesz mieć. Ale nikt o nim wiedzieć nie będzie. Pistolet za żadne skarby świata. Czy ty chcesz, żeby ludzie bali się Asnykiem chodzić? Sama tym się bała. Psychopata z bronią. To nie Tokio to Bolesławiec. Scyzoryk do konserw, ewentualnie.
- Niech ci będzie. – odparł z wyrzutem.
Na placu zabaw, jak sama nazwa wskazuje, bawiły się dzieci. Nie zwracały na mnie uwagi. Tylko starszy pan przechodzący obok popatrzył dziwnie. A co mi tam. Skoro rozmawiam sama ze sobą po niemiecku, myjąc naczynia, to dlaczego maiłabym nie rozmawiając z bohaterem własnego opowiadania. Dal niepoznaki założyłam na uszy zestaw słuchawkowy i udawałam, że rozmawiam przez telefon.
- No to zaczniemy inaczej.
Przed światłami stał młody chłopak. Czerwone. Czekał, żeby przejść. W jego niebieskich oczach błyskało zniecierpliwienie.
- Dlaczego niebieskich? – zapytał.
- No masz ci los. A jakich?
- Nie no może być. Ale…
- Posłuchaj, jeszcze jedno ale i przerobię cię na starszego pana z laską. Albo na bizneswomen. Może wtedy nie będziesz taki upierdliwy. Albo jeszcze lepiej będziesz niemowlakiem w wózku.
- Dobra. Niech będą niebieskie. Tylko nie przesadź…
Światło w końcu zmieniło się na zielone. Szybko przemknął przez pasy rozchlapując glanami wodę w kałuży. Wczoraj padało.
- Glanami! To mi się podoba.
- Milczeć!
Minął już sklep z odzieżą dla pań i delikatesy. Zaczęło padać. Na głowę założył kaptur.
- Zapomniałaś dodać, że kurtka jest czarna, a ja mam długie włosy.
- Nie dodałam też, że masz na imię Bożydar. Zostało w domyśle.
- Nie zrobisz mi tego. Prawda?
- Jak będziesz się dalej wcinał, to zrobię. Straciłam wątek.
- Szedłem koło delikatesów i zaczęło padać.
Rozpuszczona długie włosy schował pod kurtką. Nad Bolesławcem zawisły czarne chmury. Słońca nie było widać.
- Nie podoba mi się. – znowu przerwał mi myśl.
- Co ci się nie podoba? – zapytałam.
- Ogólnie konwencja.
Dopiekł mi do żywego.
- Tak? To jak byś to zrobił?
- Wieczór. Ciemna postać przemyka ulicą Staroszkolną i znika między blokami, pozostawiając tylko poruszającą się wodę w kałużach.
- Dobra. Zobaczę, co da się zrobić.
UlicaStaroszkolna była pusta. Późnym, zimowym wieczorem mało kto wychodził z domu. Światła w szybach zmieniały swój odcień zgodnie ze zmianą kanałów w telewizji.
Niewzruszone latarnie swoim sztucznym światłem obrzucały ulicę. Ostatni samochód przejechał dobre kilka minut temu. Wiatr, zimny i wilgotny, poruszał gałęziami drzew. Między nimi znajdowała się piaskownica. Podmuch wyrywał z niej drobinki piasku i rzucał o ścieżkę. Siedzący na niej kruk zerwał się, złośliwie skrzecząc. Usiadł na oparciu ławki.
- Jak chcesz to potrafisz.
- Zamknij się, no!
Nie wiatru się przestraszył. Ścieżką, rozchlapując kałuże, szła postać w ciemnym płaszczu. Powiew unosił jej długie ciemne włosy.
- I co teraz? – zapytałam.
Poprawiłam chustę pod szyja i wyprostowałam nogi. Popołudnie było całkiem przyjemne. Uwielbiałam park jesienią.
- Nie rozumiem pytania. – odparł.
- Co teraz chcesz robić, jak tak przemykasz.
- Napisz coś, żeby było wiadomo, że ja to ja. No wiesz, bo teraz to wychodzi na to, ze równie dobrze w tym płaszczu z włosami to mogłaby dziewczyna iść.
Jedna z latarni, mdłym światłem oplotła twarz postaci. Miała wyraźne męskie rysy i duże oczy. W kolorze deszczu.
- I co?
- I nic. Dalej.
- Co dalej? Wymyśliłeś, to myśl dalej. Bo jak mi nic do głowy nie wpadnie to będę cię musiała, no wiesz, unicestwić. Wpakować pod samochód, czy coś.
- Spokojnie. – wystraszył się – Może powinienem kogoś spotkać?
- O.K.
Kierował się w stronę ulicy Tysiąclecia. Tam panował już większy ruch. Samochody przemykały jeden po drugim, przejeżdżając przez światła.
- Do niczego. Pomysł dobry, ale… - rzekłam zrezygnowana.
- Ale co?
- Nie wiem, jak to zakończyć. Ta czerń i wieczór to pasuje mi do jakiejś zbrodni, dilerów, albo sekty.
- To jest myśl! Sekta.
- Daj sobie spokój. To miała być prawdziwa historia. I realistyczna. Taka trochę sielankowa – wpatrzyłam się w liście na ścieżce.
Mimo szczerych chęci, żaden pomysł nie wpadł mi do głowy. Park Waryńskiego, moje ulubione miejsce do snucia dziwnych historii. Ale tym razem snuły się tu tylko smutne ludzkie postacie, w pośpiechu zatracające kontury.
- Skoro zaczęłam, to skończę. – stwierdziłam ostro.
- Zuch dziewczynka. – prychnął ironicznie.
- Ciebie zawsze mogę zmienić.
- Nie możesz. Jestem alterego. Pomagam ci. Tan głos, drzemiący w tobie, to ja…
- Zamknij się, ty niewydarzony wytworze mojej chorej wyobraźni! Jesteś tylko plamą na papierze. Mogę cię skreślić, kiedy tylko będę chciała!
- Uuu. A co na to Freud? Nie denerwuj się tak, bo ci zmarchy wylezą. Żartowałem. Lepiej myśl.
- Myślę. Jesteś młodym chłopakiem z długimi włosami i niebieskimi oczami. Ubrany na czarno z kostka na plecach i glanami na nogach. Gdzie możesz leść?
- Może zamieńmy kostkę na gitarę. Będę szedł do kolegi. Mamy zespół i piszemy nową piosenkę.
- Odpada. Za bardzo schematyczne i sztampowe. Wiesz, burzymy stereotypy.
- Nowa akcja Ministerstwa Edukacji Narodowej?
- Nie, trochę koloru i smaku w epice. – zamyśliłam się i westchnęłam głęboko. Z torebki wyjęłam paczkę gum do żucia i poczęstowałam się jedną. Podobno tak można dotlenić mózg. Nie wiem, czy mam co dotleniać, ale spróbować watro. – A może ty spotkasz jakąś dziewczynę? Tak przelotnie, na ulicy.
- Miało być realistycznie i …
- Będzie. No proszę. To mój ostatni pomysł. Zaraz się zrobi ciemno i będę musiała iść do domu. I o tobie zapomnę…
- Dobra. Zobaczymy jak ci to wyjdzie. Słucham.
Uśmiechnięta wyszła z budynku. Po dwóch godzinach siedzenia na kursie potrzebowała świeżego powietrza. I świadomości, że ma już dzisiaj wolne. Szła wolno ulicą Ogrodową w stronę Asnyka. W ręku niosła teczkę z opowiadaniami. Nagle zadzwonił telefon. Spuściła wzrok i nie przystając, zaczęła grzebać w kieszeni. I to był błąd.
Wpadła na kogoś. Upuściła teczkę i ledwo utrzymała równowagę. Poprawiając czapkę przyklęknęła i zaczęła zbierać rozsypane kartki. Jak na złość, telefon przestał dzwonić.
Kurde, pomyślała, wszystko w błoto. Dosłownie. Kartki były mokre i brudne. Osoba, którą staranowała uklękła przy niej i pomogła zbierać. Najpierw zobaczyła czarny rękaw kurtki, a kiedy podniosła głowę parę błękitnych oczu nad szczerym uśmiechem oplecionym burzą brązowych włosów.
- Przepraszam, nie chciałam. – odparła nieśmiało.
- Nic nie szkodzi – oparł.
- Halo, ziemia!
Zaraz zrobisz z tego mdłe romansidło. A ja zastrzegam sobie prawo do nie występowania w mdłych romansidłach!
- Dlaczego? – zapytałam z uśmiechem.
- Bo… - odparł i zamilknął na chwilę. – może omówimy to w domu przy herbacie?- spytał.
- Jasne. Mam Yerba Mate.
Schowałam do torebki zeszyt i długopis. Szczerze mówiąc to była już najwyższa pora, żeby park opuścić. Zaczynało się ściemniać.
Cieszyłam się nie wiadomo z czego, mijając kolejne bloki przy ulicy Bielskiej. Poszłam na skróty przez podwórka.
- Kaśka? – usłyszałam.
- Co znowu. – męczyły mnie już te pytania papierowego przyjaciela.
- Już nic. Bo tak sobie pomyślałem, ze ty naprawdę szurnięta jesteś.
Pochlebił mi tym. A może to ja sama sobie tak pochlebiłam?
- Jak każdy.- odpowiedziałam.
- Wiesz, może wróćmy jednak do konwencji ze Straroszkolną i spotkaniem?
Nie uśmiechało mi się to za bardzo. Teraz mam mniejsze pole do popisu. No bo mdłe romansidło ma większą poczytalność. I można coś naściemniać.
- Ale oczy zmienię ci na zielone.
- Czemu? – spytał zdziwiony.
- Z sentymentu. Łatwiej mi będzie wrzucić cię pod samochód..
- Co?
- Żartowałam. A teraz cicho – zadzwoniłam domofonem, a ciche bzyczenie odblokowało drzwi – nie chcę, żeby sąsiedzi usłyszeli.
- Jak sobie życzysz.
Idąc po schodach zmartwiłam się szczerze. Całe popołudnie straciłam wymyślając historie bez pokrycia. A tekstu jak nie było tak nie ma. No cóż. Mickiewicz też pewnie miewał gorsze dni…
Etykiety: Katarzyna Jewtuch, Nasze projekty
Cicha, poczta i husyci
Ulica Cicha cichą była nie tylko z nazwy. Droga asfaltowa pozwalała poruszać się tylko w jednym kierunku, który nie był zbyt często uczęszczany. W wystającym zza dwóch równoległych ścian garaży samochodzie migała niebieska lampka. Czas zimowy, dwunasta pięćdziesiąt dwa i trzydzieści osiem sekund. W bloku naprzeciwko mało kto palił światło. Kilka osób oglądało telewizję. Było też parę odblasków, jakby od świec. Romantycznie. Nagle na cały głos wydarł się mój ulubiony wokalista
- Be still for a moment, everything depends upon you if you die I will die too…
- Jonas, zamknij się – poprosiłam grzecznie, tak, jakby leżał przy mnie. Ale nie leżał i się nie zamknął.
Uwolniłam z objęć Morfeusza jedną rękę i odszukałam telefon, co graniczyło z cudem. Jonas zdążył jeszcze powiedzieć mi, że „once we were heroes, but everything has changend since then”. Jeszcze nie do końca pogodziłam się z faktem, że za chwilę będę zmuszona wstać. Odebrałam.
- Śpisz? – głupie pytanie.
- Nie. – skłamałam.
- Przepraszam, że tak późno – zaczął się tłumaczyć.
- Nie szkodzi – ziewnęłam – wiesz, mówiłam, trzecia w nocy i te sprawy. Do mnie można zawsze.
- Śpisz? – znów usłyszałam inteligentne pytanie.
- Nie. – tym razem odpowiedziałam zgodnie z prawdą. – słucham, cóż ważnego chcesz mi powiedzieć?
Po cichu wstałam z łóżka – już z tą myślą pogodzona i ledwo włócząc nogami podeszłam do okna. Tyłkiem oparta o biurko, podziwiałam widok za nim.
- Słyszałem, ze szukasz informacji… - zaczął konspiracyjnie.
- Tak. A najlepsze kasztany i tak dalej. – zniżyłam głos do szeptu, żeby innych tak brutalnie z morfeuszowych objęć nie wyrwać. – Mów lepiej o co biega.
W wieżowcu wystającym ponad blokami zgasły dwa światła, ale za to po lewej stronie w oknie zamigotało jedno. Wkrótce zasłoni je nowo wybudowany kawałek gimnazjum, czy co to tam innego jest, dlatego wolałam się napatrzeć, póki mam szansę. Chociaż kiedy przyjrzałam się bliżej stwierdziłam, że jednak nie zasłoni.
- Masz coś o mojej kamienicy? – zapytałam.
- Tak, choć nie do końca. – stwierdził, część do przecinka wypowiadając z entuzjazmem, entuzjazmem część po przecinku bez.
- Zamieniam się w słuch – stwierdziłam, licząc latarnie. Było trzynaście. A przynajmniej tyle widziałam. Jedna z nich podświetlała wyraźnie napis „top” dodając brudu białym literom i złowieszczego akcentu niebieskiemu tłu. Jasna poświata w oknie naprzeciwko zgasła. Normalnie ludzie to o tej porze już śpią. A jak nie śpią, to mają przynajmniej coś ważnego do roboty.
- Kamienica znajduje się na ulicy Kaszubskiej. Mieści się tam poczta główna i wspólnota mieszkaniowa. Naprzeciwka jest park. Nie wymienię z nazwy, bo nie znam. Ale nawet przyjemny.
Zatkało mnie. Wcale nie dlatego, że na Cichej zapaliły się w oknach cztery światła. Nie dlatego, że przejechał samochód. Nawet nie przez to, że latarnia zgasła.
- Dzwonisz tylko po to, żeby mi to powiedzieć? – zdradziłam przyczynę swojego zdziwienia – chłopie, niech gniew bogów spadnie na ciebie z dużej wysokości, jeżeli mam rację. Przecież ja wiedziałam to już dawno, Holmesie! – nazwisko słynnego detektywa wypowiedziałam w mocno spolszczonej wersji. Miałam ochotę poszczuć rozmówcę psem Baskervill’ów.
W słuchawce usłyszałam śmiech, który znaczył, że chyba nie tylko to ma do powiedzenia osoba wspierająca rozwój linii telefonicznych.
- Spokojnie. – nie skomentowałam – mam jeszcze parę suchych faktów, - Pierwszy raz od początku naszej rozmowy powiedział coś mądrego. – ale nie na ten temat.
Gdyby strzały z zatrutym grotem można było wysłać SMS-em, zrobiłabym to natychmiast. Trafiając go w czoło.
- Zdradź mi tajemnicę. Na jaki temat. – poprosiłam zrezygnowana.
- Na taki, który cię zainteresuje, Katarzyno Nikoletto – nie lubię jak mówi się do mnie Katarzyna, Ksiosława ani tym bardziej Kasiula, zwłaszcza z przekąsem. Ale aluzję załapałam od razu.
- A więc oświeć mnie, o czym Sapkowski zapomniał?- wiedziałam, że on książek Sapkowskiego przeczytał mniej ode mnie, chociaż ja dopiero zaczynam. Nie ryzykowałam tym, ze jednak to nie on zapomniał tylko ja nie doczytałam.
- Na pewno mówi ci coś hasło „wojna husycka”, pogański słowniku.
- Jasne.- stweirdziąłm krótko. Nie miałam siły tłumaczyć mu, że kacerze, że Czesi, że herezja i stos Jana Husa w 1415. bo on wiedział.
- A słyszałaś może, że w roku 1429 - i tu mi zaimponował – husyci dotarli do Bolesławca? – oraz wzbudził ciekawość, utrzymując przy tym wiarę w człowieka i sens rozmów o pierwszej trzy i pięćdziesiąt sześć sekund w nocy.
- Teraz już tak. Nie przeszkadzaj sobie. – w dwóch oknach znikła niebieska poświata telewizora.
- Dokopałem się do źródeł. Gdzie, zapewne wiesz. Źródła te są jednak wiarygodne. Na początek legenda. Rzecz o pięknej córce burmistrza Bolesławca oddanej z bólem serca Czechom w zamian za odstąpienie od okupu i oblężenia. Białogłowa bardzo była zdesperowana, albo głupia, bo sama podłożyła głowę pod miecz.
- Jak?- parsknęłam z niedowierzaniem.
- Wmówiła wodzowi, że na maść przeciwko uderzeniom miecza. I wódz uwierzył. Palnął dziewczynę mieczem w kark, a ta, że tak sobie pozwolę stwierdzić, od razu straciła dla niego głowę. Wkurzony na swoją głupotę wódź opuścił wraz z wojskiem Bolesławiec.
- No, No – moje uznanie rosło każdym usłyszanym słowem - masz coś jeszcze?
- Wiecznie spragniona. – westchnął – mam. Po napadzie husytów postanowiono zbudować mury obronne.
- Fortyfikacje! – pisnęłam infantylnie.
- Ta. Wiem, że lubisz liczby czterocyfrowe zaczynające się od 14
- Jeśli tylko nie musze ich mnożyć.
- Więc w 1433 bolesłwianie pogłębili fosy, a w 1479 rozpoczęto obwarowanie. Teraz w megaskrócie: trzy bramy – Górna, dzisiejsza Sierpnia 80, Dolna to teraz zbieg Prusa i Świerczewskiego oraz Mikołajska - wylot Kutuzowa. Były zbudowane na planie prostokąta albo kwadratu i bogato zdobione. Koleżanko, - zapytał nagle – czy tobie się czasem nie marzy małe Narrenturm w naszym pięknym mieście?
- Wiesz skoro już o tym wspomniałeś, no nie miałabym nic przeciwko. To byłoby nawet ciekawe – stwierdziłam. Na dole zabłyszczały światła stopu jakiejś toyoty.
- To nie zapomnij o Grodźcu i Kliczkowie.
Grodziec! Jak ja kocham to mniejsce. Zgodziłoby się nawet. Po raz pierwszy wspominano o nim w bulli Hadriana IV w 1155, a drewniany gród zastąpiono murowanym za Henryka Brodatego.
- Pewnie wiesz, a jeśli nie, to ci powiem, mroczna księżniczko, że dzisiejszy wygląd twoja ukochana gotycka rezydencja zawdzięcza Fryderykowi I i II oraz paluszkom mistrzów z Wrocławia, Legnicy i Zgorzelca.
- Szkoda, że część murów wysadzono po wojnie 30-letniej. – też zabłysnęłam wiedzą, a co – Gruntownie przebudowano go 1900.
- Paczcie gotkę, jaka mądra gestia – zaśmiał się.
- Robię, co mogę. – zegarem nieuchronnie pokazywał godzinę pierwsza dziesięć i czterdzieści jeden sekund. – Dobra, przydałeś się. Dzięki z informacje. Bóg ci to w najbliższej przyszłości wynagrodzi poprzez moje ręce. Podsunąłeś mi pewien pomysł.
- Twórz, dzierlatko – pożegnał się radośnie.
Do pisania usiadłam od razu. Chwyciłam długopis i strzępki zeszytu, ale zanim postawiłam pierwsze litery, mój telefon ryknął znowu. „bay bay, maszkaro! ” – chyba nie zdążył się pożegnać z moim rozmówcą i nadrabiał.
Przyszedł SMS a w środku literki ułożone były tak ” Wiesz, że na tej twojej kamienicy jest zegar słoneczny?”.
Wiedziałam. Ale teraz już mało mnie to interesowało.
Etykiety: Katarzyna Jewtuch, Nasze projekty
29 listopada 2007
Nasze Miejsca - Marta
Czy ktoś z was wspomina czasem podwórko szkolne? Naturalnie! Wielki, usypany żwirem teren, mieszczący zarazem boisko do koszykówki, piłki nożnej oraz podobny do kwadratu niewielki plac kojarzący się z zabawą w dwa ognie. Do tego dochodzą lekcje wf-u, wszelkiego rodzaju apele i przerwy w lekcjach. Jednym słowem dużo świeżego powietrza i trochę wspomnień z czasów szkolnych.
Była nas czwórka. Trzy brunetki i jedna blond. W szóstej klasie, w cieplejsze dni, zaczęłyśmy spędzać tam przerwy. Nasze małe, tylnie podwórko szkolne. Ktoś tam czasem zamiatał tylko dlatego, że była tam bieżnia do skoków w dal nigdy nie zagrabionym piaskiem oraz porozrywaną, gumową nawierzchnią do rozbiegu. Tuż obok zielonej, metalowej bramy wjazdowej stał duży kontener na śmieci z naszej szkoły. Brama stanowiła niewielką część ogrodzenia. Naprzeciwko tylniego wyjścia z budynku, stały pozostałości murów obronnych z kamiennymi schodkami, których stopnie były nierówno ułożone. Po obydwu stronach schodów były kamienne, jakby barczyste poręcze trzymające całą konstrukcję i dodające jej wyniosłego uroku. Było to wprost idealne miejsce do robienia zdjęć klasowych. Z drugiej strony fortecy stały wysokie i rozłożyste kasztany. Niektórzy uczniowie wdrapywali się na drzewa by się dostać na grzbiet muru i tam podziwiając niedaleki park, konsumowali drugie śniadanie. Kolejną "atrakcją" podwórza był nieduży klomb. Miał on kształt koła z dziecięcych zeszytów - koła zdeformowanego. Do jego krawężników przylegał nieuporządkowany mech. Na klombie rosły przeróżne trawy oraz kilka krzaczków z przerzedzonymi konarami cienkich gałązek. Wszystko stanowiło kakofoniczny busz zasłaniający budynek sali gimnastycznej.
Taki zestaw pamiętam z moich szkolnych perypetii koleżeńskich. Zdarza się, że przechodzę obok tego miejsca i na nie zerkam z sentymentem. Jedno wiem. Gdyby rozwalili fortece ze schodkami, rozebrali bieżnie lub zlikwidowali zdeformowany klomb, to by było już inne miejsce i na pewno żal by mi było ....
Etykiety: Marta Syrek, Nasze projekty, proza
28 listopada 2007
Nasze miejsca - Wiktor
Przechodzień, który chce jedynie sobie skrócić drogę do miasta, zobaczy tylko chowającą się za drzewami plebanię, wdeptane w miękką ziemię szkło rozbitych butelek i widoczne znad murka dachy domów.
My nie idziemy do miasta, tylko na cmentarz. I już tu jesteśmy. Na Starym Cmentarzu Za Plebanią.
Na sięgającym nam do ramion murku zobaczymy wykute w piaskowcu płyty, na których staroniemieckim, gotyckim pismem wyryto imiona i nazwiska zmarłych. Niektóre wyrazy są już bardzo niewraźne, inne - całkiem zatarte. Tutaj kiedyś była podobizna zmarłego, a tutaj epitafium. Ci ludzie odeszli. Później ich ukochani i ukochane przychodzili, aby powspominać, a wszystkie ich myśli miały jedno imię - Pamiętam. Potem również oni zniknęli, a teraz przechodnie depczą ich nagrobki.
Tak, są tu jeszcze inne groby. Między drzewami widać dawne nagrobki, teraz zniszczone i poprzewracane. Spod pękniętej kamiennej płyty wyrasta bluszcz. Czy zmarła kochała to drzewo? Czy wiedziała, że tutaj ją pochowają?
A może kiedyś żyła w tym mieście pełna smutku dziewczyna. Nie była piękna ani brzydka. Niczym się nie wyróżniała. Przypadkowy mężczyzna zobaczył, jak siedzi na ławce i płacze. Usiadł koło niej i spytał, co się stało, ale nic nie powiedziała. Przytuliła się do niego i umarła. Był na jej pogrzebie, a potem wyruszył w świat. Spotkał wielu ludzi i wiele przeżył. Aż w końcu poczuł, że jego życie się kończy. Wrócił do swojego miasta, ale nikt tam już o nim nie pamiętał. Poszedł na cmentarz i znalazł grób nieznajomej dziewczyny. Nie było tam żadnego kwiata ani świecy, tylko pożółkłe liście. Stary człowiek zasadził bluszcz. Wkrótce umarł. Po latach i o jego grobie zapomniano. W małym klombiku, który postawiła jego daleka krewna, znalazło się ziarenko klonu. Wiele lat minęło, aż wyrosło coś przypominającego młode drzewko. Ktoś powiedział, że będzie tutaj ładnie pasowało i nie usunięto go. Wyrosło na okazały klon, którego pień oplotły zwoje bluszczu z grobu nieznajomej. Smutna dziewczyna wciąż tuli tego samego mężczyznę.
Ale tak pewnie nie było. Żyli normalnie, umarli ze starości, ich bliscy płakali i sami umarli. I tak dalej. Groby znikają w ziemi.
Nikogo tutaj już się nie chowa. Nikt o tym miejscu nie pamięta. Nocą zjawiają się tutaj pijacy i pseudosataniści. Smutna dziewczyna wciąż tuli nieznanego sobie mężczyznę.
Ps. Naprawdę nie jestem pewien, jak odmienić słowo murek... :D
Etykiety: Nasze projekty, proza, Wiktor Złotnicki
