Pokazywanie postów oznaczonych etykietą proza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą proza. Pokaż wszystkie posty

30 października 2008

Niech będzie jak kiedyś.

Niech będzie jak kiedyś… Wczoraj szłam wolno ulicami miasta. Patrzyłam na nie... kiedyś ono było takie inne... kiedy byłam mała... ta kostka na rynku i ulice... . W życiu tak wiele się zmienia... Zaczynasz coś, tworzysz, ale musisz zaprzestać, bo metoda się zmieniła. Patrzę na zdjęcie. Te małe rączki, duże oczy i dołeczki w policzkach... to ja kiedyś. A teraz duże ręce, i dołeczki zanikły… zmieniłam się, fakt. Kolejna karta w albumie... na kanapie w kwiaty, skacze mała dziewczynka. Teraz nie ma i kanapy, i małej dziewczynki... Bo tak wiele się zmieniło! I nadal będzie się zmieniać... Nie chcę! Nie chcę, żeby coś się zmieniało! Niech wszystko zostanie jak jest! Niech nic się nie zmienia... niech będzie jak kiedyś...

Dni są powolne.

Dni są powolne. Ich sensy kryją zagadki. Gdy się je odgaduje, czas płynie szybko. Zawsze jednak idę tam, gdzie odgadłam zagadkę, gdzie mój pierwszy spacer otulił me bose stopy. Tylu ludzi nie zna tego ciepła, co ja – gdy chodzę po piasku, po wodzie ciepłego Bobru. Świat ma miejsca, gdzie prawie każdy człowiek był. Lecz nad tą cicho szumiącą wodą nie był „każdy”.

Lęk.

Lęk. Zielone morze. Rzadkość, która oświeca oko. W jednej sekundzie zieleń widać, fale które kołyszą łodzie uspokoiły się. W drugiej sekundzie, fale wywracają łodzie. Na mnie też przyjdzie pora. Wypływam na morze, lecz sprawdzam, bo ja w mojej małej łódce nie znam tej fali co wywróciła me myśli. Pokonać jednak chcę niebezpieczne zdarzenia i myśli. Jednak najbardziej wykształcony psychiatra nie pomoże mi, artysta nie namaluje tego, poeta nie opisze, a ja nie znajdę słów żeby opowiedzieć o tym. Bardzo chciałabym porozmawiać o tym, lecz to trudne. Mały a zarazem duży mój pierwszy, a zarazem ostatni sekret. Życie jest krótkie i lęk otacza mnie ze wszystkich stron. Nie wiem czy zdążę wykrzyczeć ,, Przepraszam’’ do Boga. Czas jest krótki, mam pare chwil.

25 października 2008

Biała Dama

Ernestowi zawsze wydawało się, że jego życie jest szczęśliwe i w rzeczywistości było takie. Mieszkał z rodzicami w suterenie trzypiętrowej kamienicy należącej do zamożnej rodziny. W zamian za użytkowanie dwóch pokoi, rodzice chłopca pracowali dla jego mieszkańców. Matka gotowała. Lubiła eksperymentować w kuchni i to był jej atut. Chlebodawcy zawsze dostawali jakieś wyrafinowane, smaczne danie. Ojciec Ernesta był z zawodu ogrodnikiem. Mimo że za domem znajdował się wielki ogród, najęto go jako szofera pani domu.
Biała Dama Anglii, jak nazywał ją chłopiec dla celów własnych i koleżeńskich, była pięćdziesięcioletnią, skromną i dobrotliwą osobą. Jednocześnie zdawać by się mogło, że nie umie żyć bez świata a świat bez niej. Słabość miała do wystawnych przyjęć (na kameralne poniżej stu dwudziestu osób nie chodziła). Zawsze potrafiła dbać o efektowny strój i staranny, nieprzerysowany makijaż. Drugą radością jej życia były kapelusze. Ernest zastanawiał się czy kiedykolwiek opuszcza kamienicę bez nakrycia głowy. Często widział ojca wnoszącego z bagażnika samochodu do mieszkania mniejsze i większe okrągłe pudła. Nigdy nie pytał się nikogo co w nich się znajduję, gdyż postanowił, że któregoś dnia sam to sprawdzi. Podejrzewał tylko, że w takich okrągłych pudłach mogą być sprzedawane kapelusze, które szefowa rodziców tak ubóstwiała.
Był też Karol, kilkunastoletni syn Białej Damy. Jej oczko w głowie, jej duma, jedyny mężczyzna życia. W okresie kiedy Ernest przeżywał swoje beztroskie dzieciństwo biegając z przyjaciółmi po ogrodzie, rzadko widywał Karola, Który uczył się w najlepszych Londyńskich uczelniach.

Był zwyczajnym i konwencjonalnym chłopcem. Jak wypadało „chłopcu z okolicy” miał popęd do zbierania znaczków pocztowych, przezywania sąsiadek w dosyć niewybredny sposób i ciągnięcia piegowatych koleżanek za ich długie, gęste warkocze. Przynajmniej raz w miesiącu, wybijał jakieś okienko przy pomocy procy. Chłopcy, którzy nie zrobili tego w ustalonym terminie lub zostali przyłapani na gorącym uczynku przez kolejne dwa tygodnie byli dla swoich przyjaciół obiektem żartów i nagannych epitetów. Jednak potem wracało wszystko do normy i rozluźniony węzeł przyjaźni szybko stawał się znowu nieśmiertelny.
Była wiosna. Bardzo ciepła tego roku. Ernest siedział na szerokim, zewnętrznym parapecie kuchennego okna i patrzył na ogród przesycony różnymi odcieniami zieleni. Miała na sobie białą suknię do samej ziemi. Długie, czarne włosy przewiązane lekko gumką. Podlewała kwiaty chodząc po całym ogrodzie od rabatki do rabatki. Nie miała na celu, ani nawet nie była świadoma tego, że tym wędrowaniem między bratkami a różami zaburzyła spokojny rytm serca u chłopca siedzącego nieopodal. Ernest wiedział od kolegów, że „nowa ogrodniczka” ma na imię Sanit i jest już starsza bo ma dobre dwadzieścia pięć lat. On niemal od razu zwrócił uwagę na jej jeszcze dziewczęcą twarz i figurę, ozdobioną wypukłościami dorosłej kobiety.
Tak, patrzeć na Sanit było w tej chwili najbardziej absorbującą rzeczą na świecie. Gdy dziewczyna spojrzała na niego automatycznie oblał go zimny pot. Uciekł ulicę dalej stłuc szybę w starej kamienicy. Zbliżał się już koniec maja i musiał się „rozliczyć” kolegą z jakiejś zestrzelonej szyby.
Tej nocy długo nie mógł zasnąć z powodu „kobiety o dziewczęcych kształtach” i nie tylko… Coś się stało i chyba robię się dorosły, pomyślał.

Było już po ósmej wieczorem, kiedy światła czarnej limuzyny zniknęły za zakrętem. Właścicielka kamienicy pojechała na jakąś spektakularną imprezę. Tylko matka krzątała się w kuchni zmywając naczynia po kolacji.
Chłopcy szybko znaleźli się w głównym holu na drugim piętrze. Na podłodze wyłożonej płytkami stały donice z paprociami o imponujących wielkościach. Na ścianach wisiały obrazy przodków jakiegoś wielkiego klanu. Ciemne, drewniane schody nadawały olbrzymiemu wnętrzu ciekawego klimatu i dostojności. Ernest z przyjaciółmi zapukali do pokoju, który był na wprost schodów. W pokoju tym mieszkała Sanit, która jako garderobiana Białej Damy zgodziła się oprowadzić chłopców po jej pokojach. Wyprawa odbywała się w wielkiej konspiracji. Trzymając pęk kluczy Sanit czuła się niczym kolaborantka zdradzająca powierzoną jej tajemnice z czyjejś intymności.
Dziewczyna poprowadziła ich długim i wąskim korytarzem. Skręcili w prawo i ujrzeli olbrzymie drzwi. Gdy po dłuższej chwili Ernest zebrał w sobie odwagę i otworzył drzwi, do nozdrzy wszystkich wdarł się jeden wielki zapach; a może trafniej by powiedzieć, że była to kakofonia wielu zapachów. Tak czy inaczej wszystko to pochodziło z dużej toaletki pod oknem w rogu pokoju. Stały na niej buteleczki o przeróżnych kształtach, wielkościach i przeróżnych barwach zawartych w nich cieczy. Wśród tych perfum stało kilka małych skrzyneczek, w których Biała Dama trzymała swoje kosmetyki. Jak zawsze Sanit twierdziła, właścicielka miała ich pełno albo jeszcze więcej.
Ale to było nic w porównaniu z tym co dla chłopców było najciekawszą tajemnicą i prawdziwą przyczyną tej niecodziennej dla nich eskapady Dziś był ten dzień w którym miał skonfrontować rzeczywistość ze swoimi wyobrażeniami. Na włóczęgę po zakazanym terytorium, Ernest zabrał Davida i Ediego – swoich najlepszych kumpli. Koledzy chłopca również zauważyli, nadmiar okrągłych pudeł wnoszonych do domu.
Dziewczyna zaprowadziła ich do sąsiedniego pokoju, w którym mieściła się sypialnia. Łóżko pani domu było wielkie i starannie posłane atłasową narzutą. Nie miało ani baldachimu ani tuzina malutkich poduszeczek zakrywających posłanie, jak to wyobrażała sobie matka Ernesta i zapewnie wszystkie matki w mieście. Po lewej stronie łóżka stała wielka biała szafa z wytłaczanymi ozdobami po bokach. David pierwszy podszedł do szafy i po chwili wahania otworzył oba skrzydła. Zdumienie chłopców było wielkie. W głębokiej i wysokiej do samego sufitu szafie, piętrzyły się okrągłe pudła, Małe i duże, w koty, w kwiaty cięte, serpentyny, w Mona lizy . Nie było tam żadnego banalnego motywu a wszystko było poukładane bardzo starannie. W pewnym momencie Ernest wyciągnął rękę aby wziąć z szafy jakieś pudło i wtedy Sanit wypowiedziała zdanie, które przez cały czas tkwiło w podświadomości obecnych. „Ernest, niczego nie dotykaj! To jest pokój naszej Królowej’. Lekko się uśmiechnęła i dodała żartem: „Proszę się zachowywać jak przystało w obecności kapeluszy Angielskiej Damy” poczym zamknęła szafę. W Sypialni stały jeszcze dwie inne większe szały. Dziewczyna poinformowała nas, że mieszczą one w sobie całą garderobę królowej. „Jeśli chcecie zobaczyć jej osobistą bieliznę…” powiedziała Sanit i po chwili wszyscy śmialiśmy się bardzo głośno.
Kiedy salwy śmiechu zostały z trudem stłumione cała piątka zeszła na dół do kuchni. Pomieszczenie było solidnie posprzątane. Chłopcy usiedli wokół stołu a Sanit zabrała się do gotowania mleka aby przyrządzić pyszne gorące kakao. W międzyczasie skarżyła się kolegą, że chudzielec Karol smali do niej cholewki a tak naprawdę cały czas przesiedzi na uniwersytecie i nigdy go w domu nie widać. Ernest i przyjaciele spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Po raz kolejny doszli do wniosku, że kobiety mówią bardzo chaotycznie. Nigdy się nie wie jaki jest sens ich wypowiedzi i o co im naprawdę chodzi.
Dziewczyna podała kubki z gorącym kakałem i sama usiadła do stołu Edi wyją z kieszeni spodni talię kart, przetasował i rozdał między towarzyszy. Grali w wojnę. Pierwszą rozgrywkę wygrał Ernest kładąc kartę jako ostatni. Wszystko przebiła Dama wino.

11 września 2008

Chcę pisać baśń, a potem gładzić zapisane kartki, przymykając oczy i czując pod palcami własne słowa i obrazy. Chcę kochać ciebie i Norwegię, obie piękne ponad wzrok. Chcę biegać boso, wzbijając do góry suche liście. Chcę słuchać muzyki i być muzyką. Chcę trzymać cię za rękę.

15 sierpnia 2008

- Chciałabym, żeby na świecie była tylko jedna Wielka Ważna Sprawa – wysunęła nogę do przodu oczekując, że ruszy za nią, ale on ciągle stał. Latarnia oświetlała jego twarz, ukazywała szerokie usta, które raz po raz poruszały się w bardzo szybkim tempie

- Myślisz, że coś by się zmieniło? – Prawie nie zauważyła, kiedy niemal, że wyrzucił z siebie to pytanie.

- Gdyby na świecie była tylko jedna Wielka Ważna Sprawa wszyscy ludzie zajmowaliby się tylko nią, wokół niej gromadziłyby się myśli całego świata, ona byłaby centrum...

- Centrum, czego? – Zapytał, nie dlatego, że nie zrozumiał, ale dlatego, że chciał nauczyć ją wszystkiego tego, czego jego nie nauczono.

- Centrum nas – ludzi. Wtedy mogłabym się na chwilę odłączyć od tego szumu wokół Wielkiej Ważnej Sprawy.

- Dlaczego chciałabyś się odłączyć? Przecież nie miałabyś innych spraw, którymi mogłabyś się zajmować.

- Bo chciałabym być inna niż ci wszyscy ludzie, wynajdywałabym sobie wtedy swoje małe sprawy i zajmowała się nimi po cichu – mężczyzna z trudem powstrzymał śmiech, patrzył na małą postać, której oczy błądziły gdzieś w oddali, chciał dla niej trwać, na zawsze.

- Czy naprawdę potrzebna jest wielka sprawa?..

- Wielka Ważna Sprawa – poprawiła go.

- Tak, właśnie Wielka Ważna Sprawa, czy naprawdę ona musi istnieć, żebyś mogła mieć swoje własne, małe sprawy?

- Tak – odpowiedziała zdecydowanie.

- A co z innymi ludźmi? Czy myślisz, że oni nie mieliby innych spraw?

- Nie, po to właśnie byłaby Wielka Ważna Sprawa.

- Mylisz się, każdy z nich ukradkiem myślałby o swoich małych sprawach, tak naprawdę oszukując samego siebie i usprawiedliwiając się, że przecież jest miliony ludzi, którzy myślą o Wielkiej Ważnej Sprawie, więc, po co jej jeszcze on?

- Każdy chce być inny – stwierdziła mała i obróciła się na pięcie- chodźmy do domu dziadku, muszę załatwić jeszcze parę spraw...

7 lipca 2008

Bajka o łódce.

Był kiedyś chłopak, który mieszkał nad jeziorem. Jego rodzice wynajmowali pokoju letnikom. Chłopaka nigdy specjalnie nie interesowało, kto śpi na piętrze. Aż do tego lata.
Wczasy nad jeziorem spędzało małżeństwo z córką w wieku chłopaka. Dziwił się on, że mimo pięknej okolicy i pełnego rozrywek miasta, dziewczyna wciąż przesiadywała sama w swoim pokoju.
Któregoś dnia siedział na molo, mocząc stopy w letniej wodzie. Usłyszał kroki. Odwrócił się i zobaczył dziewczynę. Ona usiadła obok niego, milcząc.
- Podoba ci się jezioro? - spytał, niezbyt wiedząc, jak zacząć rozmowę.
- Nie - odparła, nie patrząc na niego. - Jest niespokojne.
- Taka dzisiaj pogoda. W nocy będzie bardzo spokojnie.
- Chcę to zobaczyć - powiedziała z nutką melancholii.
Ciągle patrzyła przed siebie.
- Jak chcesz, możemy o północy pójść na spacer.
- Dobra.
- Będziesz mogła wyjść?
Widocznie mogła, bo kiedy przyszedł, już na niego czekała. Miała rozpuszczone włosy, ciemnozieloną sukienkę na sobie i starą, zniszczoną książkę w ręku. Światło księżyca błyszczało w śladach łez na policzku.
- Coś się stało?
- Czy chciałbyś spełnić moje trzy życzenia?
Bez słowa odwiązał małą łódkę od mola i pomógł dziewczynie usiąść. Potem chwycił za wiosła i powoli, jak najciszej, wypłynął na środek jeziora. Było nieskończenie ciche i gładkie jak oliwa.
Dziewczyna szepnęła mu swoje pierwsze życzenie.
Chłopak dokładnie podzielił jej włosy na trzy pasma i splótł je w warkocz.
Dziewczyna szepnęła mu swoje drugie życzenie.
Pocałował ją w czoło, w dołek na szyi, w usta.
Szepnęła trzecie życzenie.
Nad ranem łódka przybiła do brzegu. Siedział w niej chłopak. Obok niego leżała stara, zniszczona książka.

13 maja 2008

Tak nie powinno być.

Nie umiem już płakać. Łzy są zbyt błahe, zbyt proste. Już nie wyrażają tego, co trzeba.
Kilkoro dzieci stąd nie powinno żyć. W tym także ja.
I chociaż czasem jesteśmy inni, jedno nas łączy. Mali dorośli. Tak nie powinno być.
Siedmioletnie dzieci, które wiedzą o zagrożeniu życia. Tak nie powinno być.
Tak nie powinno być...

Tak nie powinno być.

Nie umiem już płakać. Łzy są zbyt błahe, zbyt proste. Już nie wyrażają tego, co trzeba.
Kilkoro dzieci stąd nie powinno żyć. W tym także ja.
I chociaż czasem jesteśmy inni, jedno nas łączy. Mali dorośli. Tak nie powinno być.
Siedmioletnie dzieci, które wiedzą o zagrożeniu życia. Tak nie powinno być.
Tak nie powinno być...

4 maja 2008

Pieśń o utracie błękitu

N
a początku bały się siebie. I to nie tylko Filonowie kilkakrotnie większych Elfów, ale Elfy maleńkich Filonów. Poza tym nie bały się niczego innego. Czemu miałyby się bać łagodnie poruszających się traw, wielkiego, ale zupełnie nieruchomego drzewa? Wszystko to było miłe, proste.
Mówi się, że pierwszy elf miał na imię Njum. A jego żona zwała się Sila. Kiedy zeszli z drzewa i pierwszy raz stanęli na chłodnej trawie, był zmierzch. Cichy i przezroczysty. Patrzyli na zapadającą się w wody Gwiazdę Wielką.
- Patrz – powiedziała Sila, patrząc na otaczające ich ciemności. – Wszystko znika pod tym czarnym płaszczem. Czy my też tak zginiemy?
Rzeczywiście, powoli ciemność wypełniała świat i nic nie wskazywało, żeby coś miało się przed tym uchować. Wyspa umierała.
- Krótkie było nasze życie – powiedziała łamiącym się głosem i wtuliła mokrą twarz w jego chude ramię. Ale on jej nie pocieszył, tylko zamarł, patrząc w przeciwnym kierunku.
- Tam wstaje nowa gwiazda. Chodźmy do niej.
Nowa gwiazda była piękna, mimo iż nie dawała nawet w połowie tyle światła co Stara Gwiazda. Njum i Sila poszli w jej kierunku. Jednak nie dotarli do niej. Nie wiedzieli, jak daleko wynurzyła się ona z wielkich wód, jak ogromna jest i jak nieosiągalna.
I nigdy się tego nie dowiedzieli. Niewiele się do niej zbliżyli. Na drodze stanęła im Rzeka.
- Rzeka jest piękna – powiedziała Sila, zanurzając w wodzie pokryte kwiatowym pyłkiem stopy. – Ale bezmyślna. Nie trapi jej to, co będzie kiedyś. Wybiera łatwą drogę.
- To źle? – spytał Njum.
Sila zmarszczyła czoło. Myślała.
- Nie zawsze. Może to być znakiem słabości albo siły. Nie wiem, jak jest z tą rzeką.
- Spytajmy.
Ale rzeka im nie odpowiedziała, tylko bezmyślnie pluskała wśród nadbrzeżnych kamieni.
- Nie słyszy. Albo udaje, że nie słyszy.
- To jest smutne – powiedział Njum i umilkł na długi czas.
- Czemu nikt nam nie odpowiada?
- Ktoś zawsze nam odpowie.
Wiedziała, o kim Njum mówił. Drzewo. Mądre i cierpliwe. Czekało, aż wrócą. A potem znów wyruszą. I wiele czasu minie nim znów wrócą. I tak będzie zawsze.
- Kochasz mnie?
- Ty wiesz.
- Powiedz to.
- Te słowa mają moc.
- Tak wielką, że ożywią martwego?
- Większą.
- Kocham cię.
- Zbudź się. Uciekajmy!
- Czemu?
- Spójrz na las.
Las świecił wewnętrznym blaskiem. Czerwonym i migotliwym.
- Tam coś się czai.
- Co to jest?
- Nie wiem. Czuję tylko, że to coś jest gorzkie i słodkie zarazem.
Ogień dogasał w ognisku. Leżeli obok siebie, cicho oddychając; w śnie niemal będąc.
- Jesteśmy sami.
- Pani…
- Wiem to.
- A ogień? A rzeka i dalekie ćmy na niebie?
- Nie są podobne do nas.
- Są. Bardziej niż nam się wydaje.
- Śnił mi się dzisiaj.
- Co powiedział?
- Że czas, byśmy wracali.
- Chcesz tego?
Położyła głowę na jego kolanach. Długie, rude włosy rozlały się na ziemi.
- Chcę. Wiem, że niebo zmieni kolor.
I zmieniło. Na błękit z domieszką krwi.
Na podstawie „Pieśni o utracie błękitu” z tradycji Elfów

28 kwietnia 2008

Paulo Coelho – niezwykły Wojownik Światła

,,Kto chce rozpocząć Dobrą Walkę, musi wyobrazić sobie, że czeka go odkrycie i zdobycie wielkiego skarbu.” Coelho bardzo dobrze to sobie wyobraził i sumiennie wypełnił tę myśl. Można powiedzieć, że sam siebie odkrył i zdobył skarb w postaci milionów fanów i międzynarodowej sławy, a także to, co najważniejsze – nowe doświadczenie i siłę, która popchnęła go dalej.

O sobie mówi, że jest ,,trochę czarodziejem”, bo wie doskonale jaki wpływ na czytelników mają jego książki. Zaczynał od pisania tekstów piosenek, debiutował w wieku 38 lat, jego pierwsza i druga książka zostały wydane przez małe wydawnictwa i nie sprzedały się, jednak ich autor nie zrezygnował ze swojego marzenia. Znalazł większe wydawnictwo, które wydało jego książkę ,,Birda”, co wyniosło na szczyt także ,,Alchemika” i ,,Pielgrzyma” Coelho stopniowo podbijał serca brazylijskich, później europejskich i północnoamerykańskich czytelników . W czym tkwi fenomen Brazylijczyka? W dzisiejszych czasach z liczbami się nie dyskutuje, nakład 23 mln egzemplarzy książek wydanych w ponad 100 krajach robi wrażenie. Ale nie tylko liczby wzbudzają szacunek, zachwyca i zaskakuje przede wszystkim treść – niezwykła? Na pewno tak, ale w tej niezwykłości znajdujemy tak dużo codzienności i prostej prawdy, że wielu z nas z chęcią sięga po książki Coelho. Sam autor i sprawca ogromnego ,,zamieszania” na rynku książek, mówi, że nie robi nic innego jak tylko dzieli się z czytelnikami swoimi doświadczeniami, niekiedy dosłownie przytacza sceny z własnego życia. Pisarz ma, o czym opowiadać, gdyż jego życiorys i bagaż doświadczeń są niezwykle bogate – młodzieńczy bunt i ruch hippisowski doprowadziły go prosto pod bramy więzienne, a zdesperowani rodzice pod mury szpitala psychiatrycznego. Niczego się nie wstydzi, ani też nie żałuje, mówi, że dzięki temu poznał życie i teraz jest silniejszy. Urodzony w Rio de Janeiro „współczesny mag” często powtarza, że od emocji nie da się uciec, co widać w jego książkach. Napisane prostym językiem, zwierające przemyślenia i prawdy życiowe historie podbiły serca ludzi. Zapotrzebowanie na literaturę walki dobra ze złem, nienawiści z miłością, wierności ze zdradą wciąż rośnie. To właśnie nieskomplikowany sposób tworzenia sprawia, że Coelho świetnie trafia w gusta współczesnych wielbicieli literatury. Jest mistrzem wpisywania rzeczy nieistotnych w szarą rzeczywistość. Pokazuje nam jak dzięki szczegółom możemy przetrwać złe chwile lub zwyczajnie poprawić sobie nastrój. Coelho jest człowiekiem głęboko wierzącym w Boga - duchowość i religia obecne są prawie w każdym z jego dzieł. Pomaga nam dostrzec przyszłość, cieszyć się każdego dnia wschodem słońca i przyjmować miłość, jeśli tylko spotkamy ją na swojej drodze. Do niczego nas nie zmusza, ani nie namawia, tylko przekazuje. Nie chce żebyśmy żyli tak jak on, a jedynie udziela nam wskazówek jak nie przegapić przeznaczenia lub jak żyć w zgodzie z samym sobą. Coelho nie chce udowodnić, że życie jest zawsze piękne i dobre, a zaznaczyć, że możemy je przeżyć jak najlepiej, mówi, że powinniśmy łapać chwile i szukać w nich radości, tak by były dla nas przyjemne. A każde spotkane,,zło” powinno motywować nas, zagrzewać do walki a my - zrobić wszystko by była wygrana, musimy walczyć o swoje marzenia, bo tylko wtedy się spełnią. Nie można się ich bać, trzeba przyjmować każde wyzwanie. To wszystko jest banalne, ale za to bardzo prawdziwe. Właśnie ta banalność przepleciona z niezwykłą wizją świata i ludzkiego życia wyniosła Coelho na szczyt sławy. Autor nie zrobił nic innego jak tylko przedstawił swoje poglądy, oczekiwania i doświadczenie. Naturalne emocje zawarte w jego dziełach, tylko zachęcają nas do zagłębiania się w lekturę książki.

Wielu ludzi uważa, że Paulo Coelho jest komercyjny i przereklamowany i za wszelką ceną chcą to udowodnić. A wystarczy przeczytać, by przekonać się, że tak nie jest. ,,Nie trzeba skomplikowanych elaboratów, żeby pisać o sprawach głębokich” – powiedział kiedyś Coelho i jak najbardziej ciągle się tego trzyma, co sprawia, że w jego głowie powstają coraz to nowe historie, przekazujące wspaniałe idee. Ostatnim wielkim sukcesem pisarza jest wydanie książki pt. ,,Czarownica z Portobello.” Może niedługo doczekamy się nowych dzieł tego artysty? Nie każdy musi lubić literaturę tego typu, ale tych, którzy wierzą w przeznaczenie, miłość i chcą poznać historie przepełnione tajemniczością ludzkiej natury i wiarą w nasze ukryte możliwości serdecznie zachęcam do sięgnięcia po książki tajemniczego Wojownika Światła.

27 kwietnia 2008

Kraków myśli abstrakcyjnie


Oniemiałam z wrażenia. Za chwilę moje myśli miała pochłonąć piękna i dumna Floriańska. Ulica jak rzeka, ludzie płynęli nią w spokoju, zdumieni i onieśmieleni blaskiem. Przeszłam parę kroków, zatrzymałam się, nosem wciągnęłam wszystkie kamienice, kolory i promienie Słońca muskające kamienną drogę. Zachłysnęłam się wszystkim, cały ten ”ekwipunek” wdarł mi się do gardła, przebiegł całe ciało, potrząsnął każdą komórką, wzruszył każdy nerw, od tej chwili moje zauroczenie przybierało na sile, wciąż rosło i rosło...W tle Kościół Mariacki, którego widok przyprawił mnie od dreszcze, stał sam, dumny, wysoki, a pod nim miliony małych mrówek spoglądające mu w oczy, był gwiazdą tego miejsca. Po obu stronach Floriańskiej turystom przyglądały się ciche, niewielkie sklepiki, bardzo szanowały tę ulicę, wszystko tu łączyło się w jedno, doskonale tworzyło całość, mogłabym setki lat stać w jednym miejscu i patrzeć na tę kompozycję. W pewnym momencie prosto w oczy uderzył mnie dym płonącego od gwaru Rynku, jeden cios i moje zauroczenie przeskoczyło o dziesięć stopni w górę. Byłam w raju, w którym nikt się nie spieszył, rynek pieścił ludzi, którzy tłumnie przybywali go podziwiać, rozkoszować się pięknem, czułam, że i ja jestem jedną z nich. Tak długo trzymał mnie w swych objęciach, że po paru minutach już nie chciałam opuścić jego ramion, wtuliłam się w nie, poczułam jego zapach i wiedziałam, że to miejsce, w którym chcę spędzić całe życie. „A to Polska właśnie” napisał Wyspiański, miał rację, bo gdy patrzysz na czarne lub żółte twarze turystów, gdy spoglądasz w skośne oczy to czujesz się dumny z Polski, że oni ją zwiedzają, że za Kraków kocha nas cały świat. A rynek, kamienice, uliczki i place przyciągają swoją polskością. Wyrwałam się w końcu z objęć Sukiennic, Ratusza i renesansu, i wpadłam na Grodzką. Kraków jest piękny, ale Grodzka piękniejsza. Ogarnięta jakąś szaloną pasją Rynku, wplotłam się w kostkę brukową Grodzkiej, zlałam się z jej kamienicami, wsiąkłam w powietrze nad nią, chciałam mieć ją tylko dla siebie, by zapamiętać jak pachnie wiosną, frytkami i ziemią, którą zostawiały podeszwy ulicznych muzyków. Była dostojna, powabna, elegancka, szykowna, a zarazem delikatna i subtelna, jak prawdziwa kobieta. Ubierała się modnie, w drogich butikach, jadała i piła w ekskluzywnych kafejkach, i restauracjach. Kochana, niezapomniana Grodzka, prowadziła niegdyś królewski orszak, wczoraj gościła mnie i moje sterczące na wszystkie strony myśli. Zadeptana przez turystów wciąż promieniała blaskiem i była prawą ręką Krakowa. Przy niej mnóstwo kościołów namawiało do zatrzymania się, wejścia i ukojenia swojego umysłu w modlitwie. Wszystkie piękne, prężne i odważne, jak rycerze stały niewzruszone. Romantyczna Grodzka zaniosła mnie i złożyła pod stopami Wawelu. Patrzyłam na budowlę, Wawel miał pod skrzydłami całe miasto, a wszyscy idąc kłaniali mu się z szacunkiem. Apogeum mojej wędrówki, wszystko było tu alegorią, natknęłam się na pomnik Kościuszki, który dumnie witał mnie przy wejściu, widziałam cudowne komnaty, pełne przepychu, w których szarmanccy królowie zbierali myśli, multum baszt świadczyło o waleczności starego Krakowa, każda z bram przypominała o historii, a symboliczna Smocza Jama nie pozwalała nam zapomnieć o równie starych, krakowskich legendach. Chłonęłam ten Kraków całą sobą, zakochiwałam się w każdej z uliczek, tylko po to, by zaraz odkochać się i zakochać w innej, jeszcze piękniejszej i bardziej magicznej, spoglądałam na miasto z góry i widziałam jak dachy kamienic łączą się w jeden wielki płaszcz Krakowa... „Przez kolejne 365 dni będę patrzyła na świat jakbym go widziała po raz pierwszy, szczególnie na rzeczy nieistotne...” Dziękuję Krakowowi, że mnie przyjął tak serdecznie, przytulił i pozostał we mnie na zawsze...

„Nie ma miasta, które by tak uskrzydlało dusze do wyższego polotu, tak gwałtownie je wyciągało z szarego bagna pospolitości” Kazimierz Morawski

10 kwietnia 2008

List drugiego pomyślunku

Opuściłeś mnie, tandetna podróbo Archanioła. Zaledwie na chwilę, na ułamek sekundy odszedłeś żeby zaparzyć te pieprzoną herbatę. Wystarczyło tylko to, żeby te wszystkie ciemne dusze i nastroje wpełzły we mnie i od środka zaczęły mnie gnoić. Póki stałeś przy mnie- nie wnikam czy z rozkoszą czy obrzydzeniem- ale póki stałeś potrafiłem wyczuć metaliczne powietrze i szybko uciec. Jak mogłeś dopuścić, żebym został sam? Wiesz przecież, jak nieporadny duchowo jestem, nieodporny na podłości. A teraz patrz na swojego podopiecznego, patrz i płacz szczycie irytacji. Jak pokrwawionymi rękoma modle się do twojego starego szefa o łaskę przedwczesnego zgonu. Nigdy nie wybaczę ci tej herbaty. Tego, ze zaniechałeś swojego obowiązku. Aniele Boży, na Boga stróżu mój.

23 marca 2008

- Jak to jest być kobietą ?– zapytała.
- Raz w miesiącu przez kilka dni wydalamy coś, o czym nie do końca mamy pojęcie. Prawdopodobnie co najmniej raz w życiu kobieta doświadcza nieludzkiego bólu rodzenia. Niektóre z nas są bite przez mężów i gwałcone przez okrutnych, chorych mężczyzn, jesteśmy napadane i okradane. a tak naprawdę to kobieta jest być fajnie. kobiety są subtelne, delikatne, mądre, ładne, opiekuńcze, często nieporadne, zgrabne i lubiane, kobiety są niezrozumiale i tajemnicze. Uwielbiam być kobietą, bo jestem mała, czasem słaba, niekiedy piękna – odpowiedziałam...

27 lutego 2008

Szufladkowanie jest dla szufladkowanych.

Od lat 90. obserwujemy tzn. psychologię szczęścia, zakładającą dążenie do szczęścia mimo wszystko.

Takich ludzi nazywamy optymistami.

Optymizm zaś definiuje się jako:

1. «skłonność do dostrzegania we wszystkim dodatnich stron i wiara w pomyślny rozwój wydarzeń»

2. «pogląd filozoficzny, według którego istniejący świat jest najlepszy z możliwych i racjonalnie urządzony, a życie jest dobre, można więc osiągnąć w nim szczęście i doskonałość moralną»

Stereotypowość pokazuje nam obraz wiecznie ucieszonego człowieka, kogoś kto nie doświadcza smutku i jest entuzjastyczny.

Ale spójrzmy prawdzie w oczy – nie wszystko ma dobre strony, choćby gwałt, który nie jest od nas zależny. Świat ma mnóstwo niedomówień i paradoksów stworzonych przez ludzi. A doskonałość – hm, powodzenia.

Czy więc można zdefiniować się jako optymistę? Encyklopedycznego, stereotypowego, jakiegokolwiek? Nie oszukując siebie samego?

Obecnie psycholodzy, m.in. Robert Spitzer nagle zaczęli doceniać smutek. Że jest potrzebny, zdrowy i motywuje.

Pesymizm jest zdrowy. Ale czym on jest?

1. «skłonność do dostrzegania tylko ujemnych stron życia»

2. «pogląd filozoficzny głoszący, że na świecie jest więcej zła niż dobra, a życie ludzkie jest bezustannym cierpieniem»

Stereotypowo dużo smutku, melancholii i narzekania. Teraz to zdrowe ponoć. Jednak nawet największy pesymista ma nadzieję i reaguje entuzjastycznie na wiele rzeczy.

Jest jakaś metoda bycia pesymistą? Prawdziwym? A sens?

Realiści. Szukający prawdy i metody. Słownik PWN definiuje realizm jako:

1. «postawa życiowa polegająca na trzeźwej, bezstronnej ocenie rzeczywistości, pozwalająca na wybór skutecznych środków działania; też: umiejętność takiej oceny»

2. «pogląd filozoficzny uznający istnienie rzeczywistości obiektywnej»

Brzmi sensownie. Człowiek jednak jest istotą o wolnej woli, co pozwala mu też popełniać wiele, wiele błędów. To ludzkie. Każdy też splamiony jest subiektywizmem własnych przeżyć, doświadczeń, emocji. Nie jesteśmy maszynami (chciałoby się powiedzieć „Stety i niestety jednocześnie”). Czy więc to ma sens? Jakieś podstawy? Ocena może być błędna. Kolejna też. I kolejna.

Każda z tych postaw ma w sobie jakieś paradoksy, jest poniekąd słuszna, poniekąd niemożliwa. Większość wybiera którąś, robiąc pewne odstępstwa. „Jestem optymistą, ale...”, „Jestem pesymistą, jednak...”, „Szukam prawdy w cierpieniu, szukając szczęścia”. Niektórzy odrzucają wszystko, zamykając umysł na pozytywne, bądź negatywne myślenie.

Niektórzy...

Niektórzy myślą jak ja. Że nie trzeba się szufladkować. Nie trzeba zakreślać granic. Po co niepotrzebnie się szufladkować, a potem się tłumaczyć? Można nawet wyjść poza te trzy podejścia. Świat jest otwarty. A szufladki są dla szufladkowanych. Od nas zależy, czy nimi jesteśmy i jak myślimy. Czy kultura masowa zmanipulowała i ciebie?

Myśl, myśl!

Zirytowana wpisała kilka linijek.
Cholera, nie da rady. Beznadziejne. Nawet ślepcy w to nie uwierzą. Zakładając, że w ogóle przeczytają.
Jeszcze bardziej zirytowana wcisnęła backspace.
A może wymyślić postać i potem wrzucić ją ciężarówę? - pomyślała. Albo lepiej zachowam tą chorą rządzę krwi dla siebie...
...może kogoś powiesić?

Ech.

A gdyby tak napisać love story? - Przeczesała czarną czuprynę.
Nie, nie! Kurde, dziewczyno, staczasz się!
Już wolę zjeść własną rękę niż napisać jakieś romansidło.

Fuj.

Ale może jednak. Coś jak książka Sparksa, tylko bardziej pusta, mniejsza, głupsza i... no, głupsza.
Pomyślmy.
Szła ulicą, beznamiętnie licząc swoje stąpania (Jej, jakie słowa!) do wpadnięcia na miłość.
Bach!
Cholera - za wcześnie o dwanaście kroków! Co, ty, przystojny brunecie, sobie robisz/myślisz [niepotrzebne skreślić]?!
Że niby ja jestem kiepska z matematyki?! Miałam pięć na koniec roku!

Odpada. Nie umiem się wczuć w klimat wpadania na miłość. Niech wpada na kogo innego.

Ewentualnie można by się targnąć na jakąś powieść historyczną.
Król Artur szukający przyjaciół - tworzący okrągły stół. Te sprawy.
Hm, taa.
"Historyczny bełkot" - raz, proszę!

Parodia.
Bawić się w parodię?
Dziewczyno, parodią to jest to co ty robisz...

Czas mija. Zaraz stoper w mikrofalówce wybije godzinę zakłady pokoleń. To znaczy... No, nieważne.
Zaraz spyta.
Wiedźma.
Oho, idzie.

- Więc, Mario, powiesz mi w końcu, jak to się stało, że masz cztery jedynki z geografii i dwie z fizyki?
No to koniec.

23 lutego 2008

Andrzej Sapkowski, "Narrenturm"

Narrenturm to wydana pięć lat temu pierwsza część trylogii husyckiej autorstwa Andrzeja Sapkowskiego. Mnóstwu czytelników po usłyszeniu tego nazwiska przed oczami wesoło tańczą wiedźmin, elfy, czary, fantasy, sikanie do ogniska. Fantasy - oznacza oderwanie od rzeczywistości. Jednak nie całkowite. Oto bowiem pan Andrzej chwyta nas za rękę i prowadzi do świata, o którym nigdy wcześniej nie pisał, ale który kiedyś istniał.
Wiek piętnasty był niezwykle ciekawym okresem w historii Europy, toteż nic dziwnego, że ktoś w końcu się zainteresował nim jako tłem do powieści. Jest rok 1422. Śląsk. Niejaki Reynevan Bielau, szlachetnie urodzony młodzieniec, który jak na swój wiek wielką zdobył wiedzę w dziedzinie medycyny i magii, wpada w niezłe tarapaty. Oczywiście, zaczyna się niewinnie - w łóżku panienki Adeli Sterczy w świdnickim klasztorze. No może nie do końca niewinnie, ale romantycznie. Jednak romantyzm i skobel od drzwi z impetem wylatują przez okno, kiedy do sypialni wpadają bracia małżonka pani Adeli. Przyjmują na siebie rolę mścicieli. Zaczyna sie szaleńczy pościg, najpierw po Świdnicy, a potem na całym Śląsku. Jakby tego było mało, Reynevanem interesuje się również Święta Inkwizycja za jego niezbyt czyste praktyki leczenia, a także diabelskie pomurniki, zagadkowo zamieniające się w rycerzy w czerni. Jednak młody szlachcic, któremu sam Zawisza Czarny nie wróży śmierci naturalnej, nie jest sam. Szybko znajduje towarzyszy - Szarleja i Samsona Miodka, postaci tyleż ciekawe, co pomocne. Nie brakuje elementów fantasy, duchów, upiorów, sabatów czarownic i magików. Opisy miast, zwyczajów, potraw i archaizacja dialogów w niezwykły sposób wprowadzają nas w piętnastowieczny Śląsk.
Przygoda za przygodą, pościg za pościgiem, zwroty akcji i niezwykłe, barwne postaci. Sapkowski nie daje nam się nudzić. Wszystko okrasza sporą porcją staroniemieckich i staropolskich przekleństw, wywołujących głośny śmiech i te uciążliwe pytania członków rodziny: "Z czego się śmiejesz?" No ale jak może nie cieszyć nazwanie Szatana "w rzyć jebanym katamitą"?

21 lutego 2008

Forma – „coś, co trzyma nas przy życiu”.

I choć byśmy wyszli z siebie, będzie to tylko zaniechaniem formy w sensie konwenansu, lub osieroceniem własnego ciała w przypadku śmierci. Życie nadaje nam formę, a forma pozwala nam żyć. W wariancie optymistycznym – formujemy życie; w wariancie konformistycznym – żyjemy dla formy. Udrapowani we własną skórę, uformowani na obraz i podobieństwo Boga lub w zgodzie z kierunkiem ewolucji gatunku, uwikłani w siebie nawzajem - wierzgamy – dostrzegając swoją znikomość w formalnym układzie świata. Po czym wstając rano z łóżka żegnamy się prawą ręką, żegnamy się trzy razy, odwracamy się twarzą ku wschodowi i dotykamy dłońmi ziemi. Albo od razu myjemy zęby. Jemy chleb, jemy kus kus, nic nie jemy. I zabieramy się do życia.

Jak na istoty obdarzone wolną wolą jesteśmy niezwykle skonwencjonalizowani. Przebieramy w mnogości idei jakbyśmy dobierali elementy układanki. Zestawiamy je w taki sposób, by pasowały do istniejących już konstrukcji. Grzebiemy w kanonach, kodeksach, tradycjach, określając ich przydatność do własnych potrzeb. Dokonujemy wyboru – podziwiając swoją kreatywność, siłę indywidualności i oryginalność kompilacji – a tu okazuje się, że stworzyliśmy monstrum absolutnie nieprzystawalne ani do praw natury, ani do praw zwyczajowych. Zaprzeczyliśmy wszystkim normom w poszukiwaniu własnego kształtu i nie spełniamy żadnej funkcji jako element globalnej konstrukcji. Nie pasujemy do systemu, bo deformujemy jego strukturę. Jako indywiduum uwieramy otoczenie. Podlegając jego naciskom działamy własną siłą, próbując je ukształtować i nadać mu taką formę, która zapewni nam egzystencję w zgodzie z obranym przez nas kształtem. Podatność na akceptację nowych form zależy od elastyczności materiału. Tu rodzą się kompromisy, modyfikacje, reformacje. Czasem zbyt sztywna struktura pęka, rozsypuje się, ulegając destrukcji. Z ułamków szybko powstaje nowy twór, a destruktor często okrzyknięty zostaje prekursorem nowej formacji. Bywa też inaczej: „sypie się” nieprzystosowany. Łamie się ukształtowana według innej miary osobowość, kruszy jej konstrukcja. Tolerancja nie jest akceptacją; różnicę w ocenie pokrywa oceniany. Jeśli nagnie się do norm ogółu, jego życie będzie musiało przybrać inną niż w założeniu formę. Jeśli nie odstąpi od własnych zasad, w najlepszym wypadku będzie musiała wystarczyć mu tolerancja, przy wysiłku zachowania minimum norm z jego strony. Potrzeba akceptacji odczuwana w sposób zwielokrotniony będzie destruktorem niszczącym ramy jego ego. Ceną za brak ustępstw jest alienacja. Jeśli z wyboru i w przekonaniu o obronie słusznych racji – konsoliduje indywidualność formy. Niezawiniona (w pojęciu wyobcowanego) – rodzi bunt, a często jest drogą ku rozpaczy i załamaniu. Ktoś, kto doświadczył katastrofy formalnej nie uwierzy w rozbudowane konstrukcje. Zna ich kruchość opartą na zmutowanych kształtach, rozdętych przez krzykaczy, którym doskwiera forma zastana. Jasny obraz traci perspektywę w kubistycznym zamęcie. Uwolnione elementy tworzą miraże wirujących form – a co dzieje się z życiem? Ono rekonstruuje. Wychwytuje to, co mu niezbędne i urealnia, formalizuje. Z rozpadających się kultur wyrastają nowe, z hierarchią norm, form i struktur. Ale tak jak w kubizmie, wszystko i tak opiera się na stożku, walcu i kuli. Statyczna, czy dynamiczna – kompozycja powinna znajdować się w równowadze. Wówczas jest formalnie składna. Jeśli decydujemy się na dominantę, warto postawić na wolę życia, kreującą jego kształt, wyważającą jego formę.

Nie wychodzimy spod jednej sztancy. Istnieje raczej kilka jej modeli – zna je psychologia. Wariantami niespójnymi zajmuje się psychiatria. Luki w definicjach wypełnia sztuka. Życie samo składa się z małych rzeczy i drobnych przyzwyczajeń – to one je tworzą i nadają mu ton.

Sfrustrowany sztukmistrz słowa, borykający się z awangardową formą pisanego przez siebie tekstu, chętnie przyjmie zaproszenie na niedzielny obiad u mamy. Włoży czystą koszulę i przygładzi włosy. Postara się być dobrym dzieckiem. Zapragnie być dzieckiem. Tęsknota to zatracenie równowagi posiadania. Brak. Próba odzyskania straty. Dążenie do odzyskania formy zaginionej.

Żyjemy w formie wspomnień – przenikając cudze byty stajemy się ich częścią tak, jak one są częścią nas. Niekiedy jest to już jedyna forma egzystencji, po dematerializacji miejsc i osób z nimi związanych, dotycząca jakiegoś minionego fragmentu czasu, w którym żyliśmy.

Alternatywnie – marzenia i wyobrażenia dotyczące przyszłości szukają dla siebie ujścia w realnej formie.

Jakkolwiek było – dostępna nam forma życia nie powinna być jednak jakąkolwiek formą. Dopasujmy ją do siebie, akceptując jej ambiwalentny charakter protezy: jest niechciana i niezbędna. Jest balastem i ratunkiem.

1 lutego 2008

Apokalipsa- Wyjście awaryjne

Apokalipsa rzekomo ma zdarzyć się na całym świecie jednocześnie. Umrzeć mamy w tym samym ułamku sekundy, nie widząc cierpienia bliskich. Świat do grobu wpadnie w tej samej chwili, kiedy od trzęsienia ziemi wszystkie ciała z grobów wyjdą. Apokalipsa jest końcem wszystkiego, nawet tego już skończonego. Przeżycie swoich lat i pochówek oznacza koniec nas jako człowieka, ale gdzieś w eterze pozostaną po nas wspomnienia i ciepłe uczucia wśród bliskich. Apokalipsa załamie każdy pierwiastek istnienia, jaki pozostał w nas na tym świecie- powoli dążącym ku końcowi. Kiedy piekło się przeleje, usłyszymy trąby anielskie, zobaczymy czterech jeźdźców apokalipsy i najmniejsza jednostka skończy się szybciej niż zdąży powiedzieć „piękne rumaki”. Poranne mycie zębów odbywa się bez jakiejkolwiek świadomości tego, że apokalipsa może nadejść właśnie dziś. Przechodząc przez ulice narażamy nasz malutki świat na jego zagładę. Przecież, gdy kula przeszywa osierdzie jedna, niewielka planeta odpada z układu społecznego, w którego centrum stoi Bóg Stwórca. Czasem mawia się ze każda malutka gwiazda po śmierci potęguje blask słońca. Może tak samo zwłoki naszych prywatnych planet rozbłyskują centrum teraźniejszego wszechświata- Boga. Nie możemy myśleć o śmierci jako końcu istnienia wszystkiego, bo przecież to tylko jedna iskierka gaśnie. Wciąż zostają niesamowite pokłady złota, błyszczace jak skarbiec. Właśnie do czasu apokalipsy. Wtedy to nawet i ten skarbiec zgaśnie, zesłany w najczarniejsza otchłań, którą nawet poeta nie jest w stanie opisać. Szczytem absurdu byłoby powiedzenie, ze jednak coś przetrwa. Epopeje narodowe, filharmonie rodowe, hymny i godła, to wszystko zginie i umrze, kiedy tylko Głód, Śmierć i Mord przywitają nas rżeniem swoich rumaków. Po co były te walki przodków o terytoria, po co nasza nauka marna i chęć zdobycia pieniędzy. Po co pozycja społeczna i szacunek innych? Stare baśnie powtarzają, że życie jest na naukę szczęścia. Ale jakoś trudno sobie wyobrazić umiejętność przetrwania w mieście na polach elizejskich, gdzie ewentualnie przyda się dojenie krów by zdobyć niebiańskie mleczko. I czy apokalipsa nie pochłonie również i nieba? Czy zostaliśmy, aż tak wyróżnieni, ze to piękne słowo ziściło się wyłącznie dla ziemi? Apokalipsa jest obietnicą nadaną tylko ziemi? Groźbą wiszącą tylko nad trzecią planetą układu zwanego niepotrzebnie (bo i tak wszystko zginie), układem słonecznym? Może Marsa i Merkurego również pochłonie nicość, i Boga, Szatana i naguśkie aniołki wiszące na chmurkach?
Krachy giełdowe, zawirowania polityczne, wojny domowe. Tylko apokalipsa może uwolnić skołatane i zamotane umysły możnowładców od tych problemów. Rozwiąże ona wszystkie problemy ludzi, rozwiąże nawet samych ludzi. Apokalipsa jest niebagatelnym wyjściem awaryjnym, dzięki któremu wszystko, co stworzymy, posłuży nam jako urozmaicenie czasu wolnego, miedzy nieżyciem a czasem po życiu. Bo czy martwi, czy żywi, poczujemy grozę końca świata. Wyzwoli nas z czyśćca, piekła czy nudnych pól elizejskich. Wieczność jest przereklamowana. To chwyt reklamowy by nie grzeszyć. Wieczność nie istnieje. Wszystko skończy się wraz z apokalipsą. Nawet wieczność ma swój koniec... Gdzieś na horyzoncie czarnej nicości.

21 stycznia 2008

Ludzie mają grawitację.

Można zauważyć, że ludzie też mają tą tajemną siłę, która sprawia, że sporo dzieje się wokół nas, jesteśmy środkiem czegoś, przyciągamy do siebie rzeczy i osoby.

Oczywiście, nie mamy tak silnej grawitacji, żeby choćby zwracać w swoją stronę planety, chociaż niektórzy kuszą się o przekonanie, że to oni przyciągnęli do siebie Ziemię. A prawda jest taka, że jedyną ziemią jaką przyciągnęli, jest gleba i to jeszcze nie zawsze – tylko w okolicznościach upadku. Pytanie, czy starczy im godności, by się otrzepać.

Niektórzy oddziałują silnie. Przyciągają gwiazdy, nieraz świecąc jak one. Co prawda trudno porównywać Millera do Słońca, ale gwiazda jak się patrzy...

Są też ludzie emanujący anty grawitacją. Takie osoby rozpoznać można po ciągłym upuszczaniu przedmiotów, gubieniu wszystkiego i roztargnieniu mało twórczym.

Jak więc widać, różne osoby przyciągają z różną siłą i, w odróżnieniu od grawitacji Ziemskiej, wielkość fizyczna nie ma na to większego wpływu. Tak więc niewskazane jest celowe obżeranie się w celu uzyskania popularności. Można uzyskać odwrotne efekty. Jeśli naprawdę zależy ci na uznaniu – skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą.

Ale uważaj, bo ludzie mający grawitację nad przeciętną mają ciągoty do zrzeszania ludzi. Sekty to tanie i wygodne rozwiązanie. Oczywiście tylko dla lidera. Poza tym z przyciąganiem łatwo można wpakować się w narkotyki, precedensy polityczne i problemy z Sokołowską.

To ja już wolę skafander anty grawitacyjny...